Włos jeży mi się na głowie, gdy czytam "rady" niektórych... Zdrada to jedna z najbardziej bolesnych rzeczy na świecie. Nie zostałem nigdy zdradzony, a przynajmniej nic o tym nie wiem, współczuję jednak wszystkich, których to spotkało. Wiem też jedno - ja nie wybaczyłbym zdrady. I nie mieszajcie do tego Jezusa czy kogoś innego. To mój/moja mąż/żona, nie Jezusa. To między nami kwitnie uczucie, przez nas jest ono pielęgnowane. Może też być tak, choć to smutne, że z jakichś powodów uczucie to umiera. A te słowa obarczające winą, że tam nie było Jezusa, że miłość nieprawdziwa itp., są niepoważne. Rozumiem, że wiara może jakoś wspomagać nasze życie rodzinne, ale ilu ludzi, tworząc związki, nie wierzy. Albo wierzy inaczej. I są ze sobą przez całe życie. I jest im dobrze. Zdrada to paskudztwo. Człowiek ma prawo nie wybaczyć zdrady. Ja nie potrafiłbym później patrzeć w oczy drugiej stronie. Czkawkę miałbym do końca życia. W takiej sytuacji (mówię o sobie) widziałbym jedno wyjście: odejść i żyć osobno. Bo można przestać kochać, można zadurzyć się po raz drugi czy piąty, można znudzić się (nie jesteśmy z natury monogamiczni), ale trzeba mieć odwagę, żeby to powiedzieć. A potem już rób to, co uważasz za słuszne.