W tym temacie będę zamieszczała świadectwa młodych, dlatego też proszę aby nie zamieszczać w nim swoich świadectw, do tego będzie osobny temat. Chciałam się skupić na znalezionych świadectwach - oczywiście takich opublikowanych dla wszystkich.
"Moi rodzice to dobrzy katolicy, wiesz o tym, Panie. W dzieciństwie zaprowadzali mnie na religię dla przedszkolaków, potem chodziłem na katechezę dla dzieci ze szkoły podstawowej. Od IV klasy służę Ci przy ołtarzu. Ale wiesz też, że mimo katechezy i służby ministranckiej nie byłeś dla mnie Kimś bliskim, konkretną Osobą, Przyjacielem. Nie liczyłeś się w moim życiu. Nie interesowałem się Tobą w szkolno-domowej, szarej codzienności. Nie myślałem o Tobie ani w domu, ani w szkole, ani na ulicy. Byłeś dla mnie gdzieś tam... I nawet przez głowę mi nie przeszło, że Ty cały czas jesteś obok mnie, że mnie kochasz. Owszem, uczęszczałem na niedzielną Eucharystię, jako ministrant służyłem Ci także w dni powszednie. Ale to wszystko nie było osobowym kontaktem z Tobą, nie było przyjaźnią.
Potem trochę skomplikowałem sobie życie, wyszły na jaw i jakoś spotęgowały się problemy i nie za bardzo dało się z nimi żyć. Szukałem wyjścia... Pomogli mi rodzice, znajomy ksiądz - a w rzeczywistości to byłeś Ty. I tak zbliżałeś się do mnie, a ja do Ciebie. Potem ktoś zaprosił mnie na spotkanie oazowe. I właśnie w tej wspólnocie rozpoczęło się moje poznawanie żyjącego, osobowego, kochającego Ojca. Jestem Ci, Panie, ogromnie wdzięczny za to, że wyprowadziłeś mnie z mojego pierwszego większego kryzysu, że przyprowadziłeś mnie do siebie. Dziękuję Ci, że już wtedy zacząłem dostrzegać w Tobie Boga osobowego, Zbawiciela i Przyjaciela.
Wspólnota Ruchu "Światło-Życie" stała się stałym środowiskiem mojego wzrostu. Wtedy zacząłem w miarę codziennie czytać Pismo Święte. Postanowiłem czytać codziennie jeden rozdział, poczynając od Starego Testamentu. Cieszyłem się, gdy znajdowałem jakieś analogie do Nowego Testamentu i gdy widziałem podobieństwa do naszej chrześcijańskiej rzeczywistości (np. starotestamentowe miasta ucieczki to takie nasze konfesjonały). Cieszyłem się, gdy coś więcej rozumiałem z liturgii, np. Wielkiego Tygodnia. Teraz również codziennie czytam Twoje Słowo. Dziękuję Ci za to, że ciągle do mnie przemawiasz. Przepraszam jednocześnie, że tak słabo Cię słucham, że brak mi zapału, entuzjazmu, radości...
Wtedy też faktem w moim życiu stała się codzienna Eucharystia. Jakże Ci jestem za to wdzięczny, Panie! Pamiętam, jak niezwykle radośnie i bardzo głęboko przeżywałem przyjmowanie Komunii świętej. Uświadamiałem sobie i przeżywałem niejako do szpiku kości, że oto nieskończony, nieograniczony, wszechmocny Bóg, Pan wszechświata i Zbawiciel, który umarł za mnie na krzyżu, przychodzi, by być ze mną cały czas, mną - grzesznym człowiekiem. Pokochałem codzienną Mszę świętą i Komunię świętą.
Wiesz jednak, Panie, że teraz nie stać mnie na tak żywiołową radość. Wręcz przeciwnie - brak mi radości, miłości. Jak trudno to wyznać... choć wiesz, że staram się dziękować Ci, kochać Cię. Staram się uświadamiać sobie, że w Białym Chlebie przychodzisz do mnie jako Bóg żywy, że tak ogromnie mnie kochasz. Komunia święta to wszystko, tę walkę i trud, podtrzymuje. Kiedyś odkryłem, że po wyjściu z kościoła Ty się we mnie wcale nie "rozpuszczasz", że jesteś cały czas ze mną aż do granicy grzechu. Przepraszam Cię, Panie, że prawie o tym nie pamiętam.
Cały czas uczyłeś mnie też, Panie, modlitwy. Uczyłeś mnie, że mogę Ci mówić o wszystkim: o ocenach, o problemach z dyrekcją na tle religijnym, o tym, czego się boję, o radościach i smutkach, o tym, że podobają mi się ośnieżone drzewa, o ludziach, o sprawach mej troski. Jakże dobrze, Panie, że zawsze mnie słyszysz, że zawsze można Ci o wszystkim powiedzieć, także o trudnościach i lękach przed spowiedzią, o swoich grzechach...
Kim teraz dla mnie jesteś, Jezu Chryste? Teraz, w Lublinie, na KUL-u, w akademiku, teraz... od kilku miesięcy. Jezu mój kochany! Już nie jest tak, jak dawniej. Coś się zepsuło, coś mi nie gra. Brakuje mi czegoś. Brakuje wiary w Ciebie, brakuje nadziei i ufności, brakuje przyjaźni z Tobą, przyjaźni takiej, jak dawniej... Jakie to bolesne... Pełno też we mnie lęku, niepewności, wątpliwości, przygnębienia. Panie, przeżywam jakiś głęboki kryzys mej wiary. Staram się robić wszystko to, co do mnie jako chrześcijanina należy, ale robię to bez entuzjazmu, pełnego zaangażowania. Ciągle coś mnie blokuje przed pełnym opowiedzeniem się po stronie Miłości. Kim więc dla mnie jesteś, Jezu? Kim jesteś w tym pesymizmie, przygnębieniu, w tej ciemności, niepewności, w tych ciągłych problemach i trudnościach, w tej próżni mej duszy, w tej ciągłej szamotaninie wiary i niewiary, dobra i grzechu?
Jezu mój kochany! Jesteś cudowną oczyszczalnią moich ścieków, moich grzechów, złych intencji. Jesteś Kimś, kto codziennie przychodzi do mojego serca w białej Hostii, dając pokój, którego mi tak bardzo brakuje. Jesteś sensem moich wysiłków, czynów, studiów. Bez Ciebie to wszystko, całe me życie, nie miałoby sensu. Bez Ciebie nie wiem, czy bym to wytrzymywał tak, jak teraz wytrzymuję... Po prostu nie potrafię wyobrazić sobie życia bez Ciebie. Panie, wiem, że możesz wyprowadzić mnie z tego dołka, i wierzę, że to uczynisz i poprowadzisz od marzeń do rzeczywistości. Proszę Cię, Chryste, o żywą i pewną wiarę, którą gdzieś zgubiłem. Błagam o szaleńczą ufność Tobie i gotową na trudy miłość. Proszę Cię o przyjaźń z Tobą, jeszcze lepszą niż dawniej. Panie, wierzę, że na ruinach i popiołach Ty potrafisz zbudować coś, o czym mi się nie śniło. Wierzę, że zbudujesz coś, o czym mi się nie śniło. Wierzę, że zbudujesz na nowo gmach mojej wiary. Wierzę, że jeszcze nie wszystko stracone. Choć jakże słaba to wiara... Ale ja chcę wierzyć, chcę...
Jacek"
Jakiś czas temu przeczytałam ten fragment, bardzo jego druga część pasuje do mnie..