Dziś rano kolejny raz zetknąem się z "Hymnem do słońca". Święty Franciszek wyraża w nim chwałę Boga przez brata słońce. Dalej głosi radość przez brata księżyc, siostry gwiazdy oraz siostrę i matkę ziemię (siostrę - bo dzielimy z nią los, matkę - bo czerpiemy z niej fizyczny pokarm)... Pośród wielu "sióstr" odnajdujemy również śmierć cielesną - siostrę, bo daje nam wszystkim braterstwo wspólnego przez nią przejścia, a myśl o niej uwalnia nas od materialnego zabiegania...
Świat, który w czasach św. Franciszka wydawał się szczególnie wrogi, w takim podejsciu do życia został jakby oswojony przez świadomość wspólnego pochodzenia, przez dotknięcie tajemnicy stworzenia (bo przecież cały Hymn przez bogatą metaforykę odnosi się do samego Stwórcy). Świat został w nim również oswojony przez miłość, dzięki której (i w której) nic nie jest straszne i wszystko nam wolno (słowa św. Pawła) - bo to właśnie miłość dyktuje wszelkie natchnione Pisma i stanowione Prawo, a nie odwrotnie.
Tak więc Hymn, który w innych okolicznościach mógłby zostać odebrany jako dzieło bałwochwalcze, wręcz panteistyczne, w istocie stał się szczerym wyrazem miłości Boga przez jego stworzenie. Dlatego jest właśnie kierowany do słońca, a nie do jakiegoś enigmatycznego kosmosu. Słońce od zarania chrześcijaństwa było symbolem Chrystusa. Pamiętali to jeszcze bieszczadzcy Bojkowe, którzy sadzili kwiaty o słonecznych skojarzeniach, np. smotrawę czy oman, pod kapliczkami poświęconymi Chrystusowi. Bo właśnie słońce wyrażało objawienie Słowa Żywego, czyli greckiego Logosu...
Ale też słońce było zawsze wyrazem radości i nadziei, której nic nie jest w stanie zakłócić. Można być wtrąconym do ciemnego lochu, ciemne chmury mogą kłębić się nad nami, może nas ogarnąć prawdziwa noc polarna ...a Słońce wciąż niezmiennie będzie źródłem blasku, którego z tęsknotą wyczekuje nasza dusza - bo wie, że ono jedno nigdy nie gaśnie.