'
Moja najwspanialsza podróż zaczęła się od pierwszego kroku... na kolana
Urodziłem się w domu i ten dzień o mało nie był moim ostatnim.
Nie oddychałem. Uduszenia pępowiną się zdarzają. Akuszerka widząc co się dzieje dosłownie wyrwała mnie i przywróciła do życia. Dowiedziałem się o tym niestety zbyt późno aby jej podziękować...
Pierwsze zdanie jakie doskonale pamiętam o Bogu usłyszałem w tym samym pokoju gdzie się urodziłem. Przy stole rozmawiał brat z siostrą (9 i 10 lat starsi ode mnie). Padło zdanie: "Bóg wszystko widzi" a ja schowałem się od razu za fotel... Mogłem mieć wtedy około 5 lat...
Mój tata sporo i często popijał. Nie doświadczyłem tak cennego rodzinnego ciepła. Kłótnie przekleństwa, milicja. Często uciekaliśmy z domu do sąsiadów lub rodziny na kilka godzin lub na kilka, kilkanaście dni... Znienawidziłem go. Pewnego dnia powiedziałem mojej babci (jego mamie), że jak jeszcze raz podniesie rękę na moją mamę to go zabiję. To było szczere.
Koledzy, las i zeszyt z zapiskami, były moim lekiem a używki i pożądliwości ucieczką.
W szkole nie miałem problemów z nauką. Jednak z powodu chęci szybkiego usamodzielnienia i sytuacji w domu wybrałem szkołę zawodową (- to tylko 3 lata i od razu jakieś pieniążki za praktyki). Dość szybko popróbowałem różnych używek. Kilku z moich dawnych znajomych - kolegów odeszło...
Tata ciężko zachorował. Alkohol, papierosy, sposób życia... Pewnego wieczora powiedziałem mamie - dziś na noc ja pójdę do szpitala... Tak to jakoś wtedy ze mnie wyszło... Leżał sam, nieprzytomny, taki inny, taki biedny... Krople potu na twarzy, chusteczka do nosa na czole. Oddychał z wielkim trudem charcząc. Odczułem wielki żal że nigdy nie poczuliśmy wzajemnie swojej miłości... Ogarnął mnie smutek i nagle takie bolesne przekonanie w sercu, że oboje zostaliśmy z tego okradzeni. Usiadłem na krześle obok łóżka. W moim zeszycie (miałem go z sobą) ołówkiem narysowałem twarz taty i pisałem co czuję, prosząc jego i Boga o wybaczenie i wtedy... nabrał powietrza i lekko westchnął - ostatni raz...
Jeśli chodzi o Boga, miałem takie wewnętrzne przekonanie, że On jest. Urodzony w Polsce, poddany obrządkowi katolickiemu, tak jak ogromna większość ludzi w tym kraju przechodziłem kolejne sakramenty, jak to jest w zwyczaju. W kościele bywałem rzadko, rzadko się modliłem ale kilka razy gdy szczerze mówiłem do Boga o tym co czuję, czułem coś specjalnego...
Ciekawiły i pociągały mnie różne dziwne zjawiska, teorie, filozofie dotyczące wiary i duchowości. Niestety, jak dziś wiem, poszedłem w tę niedobrą stronę. Kilka razy wywoływałem duchy. Śpiewałem mantry. Zajmowałem się rebirthingiem, trochę medytacją i buddyzmem zen. Doświadczałem różnych sensacji. Wokół mnie działy się ponad naturalne rzeczy. M.in. byłem w grupie ludzi z których kilka, w tym mój kolega, chodziło po rozżarzonych węglach. Nie piszę tu o jakimś ognisku ale okręgu ok. 10 m. średnicy i wys. ok. 30-50 cm. żaru pozostałego po spaleniu stosu suchych drzew sosnowych. Jakaś szkodnik zniszczył te drzewa i wozem konnym zwieźliśmy taki lasek. Wielometrowe kłody (bez gałęzi) ułożono na przemian do wysokości ok. 2m. Nocą ogień przy spaleniu tego stosu bił wysoko ponad słup energetyczny stojący w pobliżu. Trudno było tam podejść. Potem długimi żerdziami rozgarnięto rozgrzany prawie do białości żar.
Na moich oczach trzy osoby powoli kolejno przeszły przez to na boso. Ich nogi zapadały się ale nic im nie było. Nawet włosy na nogach się nie opaliły. Dziś wiem, że to są bardzo złe praktyki.
Kilka razy byłem bliski śmierci z różnych powodów. Podam może kilka przykładów.
W pierwszej pracy zostałem poważnie porażony prądem od napędu suwnicy (ponad 300 volt). Miałem (na szczęście krótkotrwały) skurcz twarzy, arytmię i nawrotowy częstoskurcz serca, pierwszy był ok. 220 uderzeń na minutę przez ok. 30 min. Miałem też zapaść z powodu używek, uratował mnie kolega i pogotowie. Przyplątała się też dziwna przypadłość. Pewnego dnia pożółkły mi oczy i z rozpoznaniem żółtaczki zabrano mnie karetką do szpitala w innym mieście. To było po południu. Na oddziale zakaźnym pobrano mi krew do badania i umieszczono w osobnej sali. Nad ranem obudziła mnie pielęgniarka i znów pobrała krew. Zdziwiony zapytałem dlaczego, odpowiedziała - a bo pan ma opad jak przed śmiercią i wyszła... Zostałem sam... Myśli szybko przebiegały przez głowę. Zimowy świt, wrony za oknem, drzewa bez liści, zimna sala, lamperie i białe szpitalne łóżko. Malutka córeczka w domu. - Czy ja umieram...? - Czy to już koniec...? Mam nieco ponad 20 lat. Z nikim porozmawiać, nikogo zawołać. - Oddział zakaźny. Czekać na wizytę.
- Jest źle, lekarze szepczą, nic nie mówią głośno, leków nie dostaję i słabnę. Po jednym z badań miałem 3,2 hemoglobiny. Dociera do mnie, że lekarze nie bardzo wiedzą co się dzieje.
Odwiedziny. Za oknem rodzina, uśmiecham się z trudem, a w zeszycie w kratkę napisałem już kilka pożegnalnych słów... Jest coraz gorzej, słabnę. Pewnego dnia poszedłem do łazienki i... ocknąłem się w łóżku z bandażem na głowie. Straciłem przytomność. Upadłem, rozbita głowa i łokieć boli. Jestem bardzo słaby, odpływam, czuję że tej nocy nie przeżyję. Jest weekend. Szepczę - siostro, ja umrę, dajcie mi krew. Odpowiada że nie wolno. Lekarz zalecił wyciąg szpiku z mostka w poniedziałek. Krwi nie mogą podać bo badanie będzie miało fałszywy wynik. Najpierw wyciąg potem krew a anestezjologa teraz nie ma. W poniedziałek będzie pobranie szpiku i krew. - Odpowiadam ledwo szeptem - to ja dziś umrę... Nie wiem do dziś jak to się stało, może pielęgniarka zobaczyła że tak naprawdę może być i jakoś załatwiła - w każdym razie przyjechał anestezjolog. Znieczulenie miejscowe, wyciąg szpiku i krew. Życie wraca, ożywam - jakie to wspaniałe uczucie. Po kilku dniach znów słabnę i znów krew. Potem była moja najgorsza wycieczka w życiu. Karetką o świcie do Poznania na specjalne badanie krwi w jakiejś wirówce. Pośpiech, chwilami wyjąca syrena i przekleństwa kierowcy na tych, którzy nie ułatwiają przejazdu karetki. W końcu diagnoza: sferocytoza. Trzeba usunąć śledzionę... Potem operacja i mogłem już odetchnąć spokojniej. Żyję.
Pewnego dnia kolega (ten chodzący po ogniu) zaprosił mnie i powiedział że się nawrócił. Mówił że Jest jeden prawdziwy Bóg, Ten opisany w Biblii. Czułem że mówi szczerze, że on wierzy i jego żona - przyjaciółka mojej żony (poznaliśmy ich z sobą) też. Pokazał mi wtedy m.in. fragment mówiący o darach Ducha Świętego. Wcześniej nie wiedziałem, że można takie dary otrzymać. Zapytałem czy dostał jakiś z tych darów, odpowiedział, że tak więc ja też zechciałem taki mieć, np. języków... Zaprosił mnie do Kościoła Zielonoświątkowego. Poszedłem. Jacyś dziwnie serdeczni, otwarci ludzie, proste wnętrze, zwykły krzyż, pastor w marynarce. Czułem się nieco nieswojo - ci ludzie modlili się naprawdę, własnymi słowami i to tak jakby Bóg był tuż, jedni głośno inni cicho, większość stała, kilku klęczało. Niektórzy wznosili ręce, klaskali, śpiewali pełnym głosem, czasem radośnie, czasem tak tęsknie... Ja nie umiałem tak się modlić, nie znałem słów pieśni, nie pasowałem tu taki jaki byłem, co robiłem... Pastor znał pismo, mówił mądrze, wykładał, objaśniał, przekaz był wyraźny. W pewnym momencie padło zaproszenie aby wyjść do przodu. jak ktoś chce modlitwy. Ja chciałem przecież darów, po to tu przyszedłem i poszedłem... Jacyś ludzie modlili się o mnie a ja byłem ciekaw co się wydarzy... Wracałem do domu sam, ciemno, wieczór, pustki na ulicach. Nie czułem żadnych sensacji, we wnętrzu nic się nie wydarzyło, darów nie dostałem... Kilka myśli o Bogu i o moich zachciankach dotychczasowych 'przyjemnościach' i żądzach, które mnie ciągnęły. Czułem że mam wybór ale myślałem że aby pójść za Bogiem trzeba odrzucenia złego, oczyszczenia radykalności i stwierdziłem że nie teraz. Nie chciałem zrezygnować z (jak wtedy myślałem) 'przyjemności' i dalej poszedłem swoją drogą, ale już wiedziałem, że są ludzie, którzy prawdziwie wierzą. Inni niż inni, po których widać zmianę, prawdziwą wiarę Bogu.
Imałem się różnych zajęć i prac. Przyszła nawet odrobina wiary w siebie i czas na własną działalność. Udało mi się odbyć kilka podróży w piękne miejsca. Mieszkałem nawet trochę w Bordeaux.
W całym tym okresie działałem z myślą głównie o sobie, starając się przede wszystkim zaspokajać własne zachcianki i pożądliwości. Towarzystwo, imprezki, popijanie i zabawa przy braku rzetelnej dbałości o własną rodzinę nie dały długo czekać na skutki. Coraz słabsza więź z małżonką i córką a po powrocie z Francji byłem już mocno rozchwiany emocjonalne, miałem huśtawki nastrojów, oznaki depresji, które 'leczyłem' używkami.
Pewnego wieczoru będąc sam (trzeźwy) w małym domku, w ogrodzie (mamy piękną działkę i czasem pomieszkiwałem tam po kilka dni nie chcąc wracać do domu), leżąc w łóżku nagle, w jednej chwili, zobaczyłem kim jestem naprawdę, co zrobiłem, ile krzywdy wyrządzałem innym ludziom, sobie i przeciw Bogu. To było bardzo głębokie przenikające mnie całego spojrzenie bez żadnej zasłony. Straszne uczucie, byłem przerażony. Dotąd myślałem o sobie że nie jestem wcale taki zły w porównaniu z innymi, ale to co zobaczyłem było wg. innych kryteriów i perspektywy. Wyraźnie poczułem że jestem zgubiony i wystraszyłem że nie ma już dla mnie ratunku chyba, że Bóg jeszcze się nade mną zlituje, może da mi jeszcze szansę... Nawet nie wiem kiedy już byłem na kolanach na z głową na podłodze. Łzy leciały strumieniami. Jęcząc, łkając, stękając, trzęsąc się cały, zanosząc w płaczu, ze ściśniętym gardłem i szalejącym sercem nie byłem w stanie wyartykułować żadnego słowa choć moje wnętrze wyło i krzyczało - proszę wybacz, ratuj... Dukałem, stękałem i jęczałem Boże, Panie Jezu uratuj mnie, przepraszam, wybacz, wyrwij mnie z tego, ja nie dam rady sam, tylko Ty możesz mi pomóc, nie chcę już takim być, Ty mnie prowadź...ratuj... W pewnej chwili poczułem się tak jakoś lekko i... pojawiło się we mnie pojedyncze słowo. Nie było usłyszane uchem ani w sposób, który nazywamy intuicją czy przeczuciem. To było jakby w nowym miejscu, we mnie. Jeden wyraz. Czy to mówi Bóg...? - Nie śmiałem tej myśli przyjąć. Przecież przed chwilą wyraźnie widziałem jaki byłem podły, brudny, plugawy... ale to słowo było wyraźne choć delikatne, jakby pierwsze i jakby miały paść następne... Rozejrzałem się, szukając w myślach co mam z tym zrobić, co dalej, o co chodzi aż mój wzrok padł na stary książkowy kalendarz - notes. W tym samym miejscu co przed chwilą wyraz, poczułem łagodne potwierdzenie - zapisz. Zapisując to słowo, popłynęły następne, chwilami łapałem jakby sens i spodziewałem się dalszego ciągu ale słowa brzmiały inaczej, zapisywałem je więc tak jak odbierałem nie zastanawiając się więcej aby nie gubić kolejnych ulotnych wyrazów. Po napisaniu przeczytałem... Te słowa tak dotykały mojego serca, umysłu, ducha... Zatrzęsła się broda, popłynęły łzy ale te były inne, pełne wdzięczności...
Poranek wstał jakiś jaśniejszy, ludzie jacyś milsi, ja też. Oddychałem swobodnie. Małżonka myślała że mi całkiem odbiło, bała się o mnie. Jeszcze paliłem swoje aromatyczne skręty, czasem popijałem ale czułem że coś dobrego się stało, zmieniało i miałem nadzieję. Od czasu do czasu słuchałem tego łagodnego głosu. Czasem zapisywałem dużo, czasem mniej, często w nocy, nad ranem. Nieraz wcale nie gasiłem światła i szykowałem fragment kartki przed snem aby zapisać kolejne cenne słowa dobrych dziejów. Rozmyślałem o Panu Jezusie. Odczuwałem Jego obecność. Nie jeden raz płynęły łzy, te inne... Wcześniej nie przeczytałem Biblii - hmm, nie przeczytałem nawet Nowego Testamentu... Na pewno nie przeczytałem dziejów apostolskich ani listów a możliwe że nie przeczytałem i ewangelii... Niewiele tam szukałem i niewiele znalazłem. Potem w tych słowach znalazłem siebie, rodzinę, ludzi wokół, Boga i odkryłem świat na nowo, ale po kolei... W niedługim czasie pojawił się kolega (chodzący po ogniu) z małżonką i zaprosili nas na "DKF" - Domowy Klub Filmowy (takie oglądanie sensownych filmów i dyskusje na ich temat w domku w lesie u pastora). Bardzo miła atmosfera, trochę jak u babci - kominek, stary piec w kuchni z płytą i takie specjalne rodzinne, domowe ciepło. Poznałem tam kilku ludzi chociaż czułem się wśród nich jakbym znał ich już długo... Porozmawiałem z pastorem, poznałem jego żonę i córki. Opowiedziałem trochę o sobie i że nie chcę marnować czasu ale iść za Bogiem. Zapytałem co mam po kolei robić aby nie marnować czasu. Usłyszałem m.in. żebym oczyścił swój dom. Przejrzałem półki, szuflady, ściany. Było tego naprawdę sporo m.in. książki, figurki dot. różnych kultów i praktyk przeciwnych Bogu. Wynosząc te torby z domu miałem fizyczne wrażenie trzymania mnie za kostki u nóg - powstrzymywanie przed zrobieniem pierwszego kroku na schody. Przełamałem to. W tym czasie, wg. wskazówek pastora, przeprosiłem i poprosiłem o wybaczenie moją żonę, córkę, mamę, siostrę, napisałem do brata i sam wybaczyłem wszystkim wszystko.
Pamiętam jak potem przyjechałem na nabożeństwo.
Już idąc czułem potwierdzenie że tu jest moje miejsce. Uwielbienie było nie do opisania...
Pewnego dnia rano ukląkłem na łóżku chcąc powitać Boga. Zamierzałem modlić się "Ojcze nasz" (- nie wyklepać...) w tym momencie poczułem przekonanie, że mam dar Ducha Świętego, otworzyłem usta i... popłynął potok niezrozumiałych słów, których nigdy nie wypowiadałem, podobnych do tych, które słyszałem wiele lat temu w Kościele Zielonoświątkowym i na nabożeństwach Kościoła Bożego w Chrystusie. Zostałem ochrzczony także w wodzie.
Dobry Bóg wybaczył mi wszystko, Pan Jezus drogo mnie wykupił, zapłacił za wszystkie moje winy. Uwolnił mnie od nałogów, zniewoleń z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. - To było wspaniałe. Pewnego wieczora byłem sam (w pracy), wstałem, podniosłem rękę i wyrzekłem się kolejno nałogów jakim ulegałem, nakazałem im odejść w imieniu Jezusa Chrystusa i podziękowałem Panu z wiarą w tym samym zdaniu za uwolnienie. To wszystko. Zostałem uwolniony. Gdy po jakimś czasie przyszła pokusa aby zapalić zgromiłem to, podeptałem tytoń, ogłosiłem że jestem wolny i już nie wróciła.
Zaufałem Panu Jezusowi. To On przemienił pożądania w pragnienia zupełnie różnych rzeczy.
Dziś wiem że nie ma nic piękniejszego i wspanialszego jak doświadczanie Jego miłości i tego jak prowadzi i działa Duch Święty wtedy kiedy z Nim współdziałam.
Moja żona, potem córka, także oddały życie Jezusowi, potem córki przyjaciółki i narzeczony.
Mam pragnienie dzielenia się tym co przeżyłem, budzenia ludzi i czuję palącą potrzebę ratowania ludzi pędzących do tej samej przepaści co ja dawniej...
Bóg uratował moje życie. Ratował je nie jeden raz, aż dał mi nowe... To On uratował moje małżeństwo (żona rozmawiała już z moją mamą o rozwodzie). Teraz mam przyjaciółkę, koleżankę, kochankę i siostrę w Chrystusie - moją małżonkę. Dziękuję za nią. Jak ktoś powiedział jest drogocenną delikatną filiżanką w której taka gorąca kawa (jak ja) nabiera nieco łagodniejszego smaku.
Chcę ci przekazać że jest jeden prawdziwy Bóg, Ten opisany w Biblii.
Nie zwlekaj, nie myśl, że ty sam musisz się zmienić albo zasłużyć sobie na Jego miłość. On Ciebie umiłował zanim się urodziłeś... Nie zwlekaj. Nie wiesz ile masz czasu.
Bóg Jest blisko, On ciebie zna, wie wszystko i bardzo tęskni za spotkaniem z tobą. Tylko On może uratować, wie jak najlepiej ciebie poprowadzić i oczyścić. Pochyl głowę, podaj ręce otwórz serce i powiedz: witaj Ojcze, wybacz, prowadź ja nie chcę już iść sam...
Zaufaj Bogu, postaw pierwszy krok i daj się poprowadzić w tę najwspanialszą podróż.