Moje świadectwo pisałam w temacie "Skuteczność modlitw", ale dziś znalazłam ten wątek w którym jest chyba właściwe miejsce, bo to uzdrowienie przez Pana miało miejsce we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi.
Mimo iż nie uczestniczyłam w systematycznych spotkaniach, z racji na odległość w km., to poprzez kontakt elektroniczny Pan dał uzdrowienie w miejscu mojego pobytu -- w domu. Jakby modlitwa i komunia serc była ponad przestrzenią doczesną, materialną.
Podczas seminarium odnowy charyzmatycznej zapoznałam się z zadaną lekturą "Jezus żyje" Emilien Tardif MSC ,Jose H.Prado Flores. Ta lektura w pełni odpowiada na postawione zapytania.
Nasze życie jest dotykaniem tajemnic. Jest bardzo trudno ocenić dlaczego jeden człowiek doznaje łaski uzdrowienia, a drugi jeszcze nie, jeszcze nie teraz.
Doświadczenia przez jakie przechodzimy są odkrywaniem i zbliżaniem ku Bogu. Uzdrowienie jest znakiem obecności Pana.
W swoim życiu przeżyłam sytuację kompletnej bezradności wobec uciążliwości , która mi dokuczała parę lat. Przyszedł moment kulminacyjny i przyjęłam to cierpienie i w bardzo zaskakujący sposób zostałam uzdrowiona.
Szczerze mówiąc jestem typem człowieka, który raczej godzi się z sytuacją i jest w postawie oczekiwania. Nie potrafię forsować nieba.
Ciekawe jest to,że to uzdrowienie przyszło przez moją koleżankę Łucję i nie mam wątpliwości,że zawsze dając , otrzymujemy, tak działa miłosierdzie Boże. Pan wybiera czas i sposób, by okazała się Jego chwała.
Choćby w sytuacjach, gdzie idąc z pomocą komuś, otrzymywałam rozwiązanie swoich problemów czasem nawet w tej samej dziedzinie. Bardzo nawet mnie to bawiło , cóż za skrupulatność?
Zasada jest taka, że mamy prosić Boga.
Na przestrzeni lat coś ci dokucza i nie ma tu bezwolnego poddania, lecz szukasz przyczyny, idziesz do lekarza. Sytuacja jednak jest stała bez zmian. Wtedy w zasadzie jesteś bezsilny. Żyjesz z tym cierpieniem, dokuczliwością. Nie . To byłoby nie normalne, że godzę się na cierpienie, kiedy mogę być zdrowa.
Tak , akurat w momencie kulminacyjnym przeżywałam to razem z Jezusem, łącząc się z Nim, w tym cierpieniu. To było bardzo dziwne , bo oprócz jelit i pozostania samej w domu, w wielkich boleściach, jak by tego było mało, wypadł mi jeszcze dysk i nie mogłam się poruszać. Nie chce mi się pisać. Świadectwo krótkie jest na łamach "Szumu z Nieba" z 2006 rok NR 5 pt."Wystarczył sms".
Tyle lat i nawet nie pamiętam już , że miałam taką dokuczliwość. W tamtym momencie bezsilności, bo to jednak trwało parę dni, w ogóle nie wiedziałam o co chodzi? czemu to cierpienie? czułam to jakby próbę, choć akurat nie pasowało mi to, gdyż zawsze kochałam Boga. Byłam w kompletnej niewiedzy czemu tak się dzieje? Kiedy to się skończy? No i skończyło się wielką ciszą i zatrzymaniem bólu. Potem dowiedziałam się, że w tym czasie ktoś się modlił no i w zasadzie razem się, nie wiedząc o tym modliłyśmy. Łucja była w Łodzi na Mszy o uzdrowienie u o.jezuitów na Sienkiewicza , a ja byłam w domu i cierpiałam i nic nie wiedziałam ,że ona tam jest na tej modlitwie.
Wielki jest Bóg i bardzo nas kocha, nie ma przypadków.