Przez całe życie człowiek szuka szerokich dróg, oświetlonych placów i wystawnych pałaców – takie też monumenty chce po sobie pozostawić. Tymczasem prawdziwymi drogami okazują się często kręte ścieżki, przebiegające raz nad przepaścią, innym razem przez gęsty las lub po dnie ciemnej doliny. To drogi przebyte w niepewności i samotności – wiodące do cichych stajenek, gdzie wchodzimy w przestrzeń Bożego Narodzenia. Uczestnictwo w prawdziwie wspólnym świętowaniu to rozpoznanie w kimś gotowości do duchowych narodzin, to trud drogi podjętej ku Temu, który ma się narodzić w drugim człowieku, to wreszcie wspólna radość z tego narodzenia.
W Kościele katolickim pierwszy dzień Świąt to przede wszystkim blask betlejemskiej gwiazdy i ciepła atmosfera stajenki - dwóch równie ważnych symboli wiążących się z przyjściem na Świat Jezusa, a odnoszących się do Prawdy i Miłości. Ale już drugi dzień Świąt stanowi zadumę nad gotowością do poniesienia najwyższej ofiary. Wczorajsze wspomnienie św. Szczepana niejednemu każe się otrząsnąć z sielankowej atmosfery kolędowania – wiodąc prosto od żłobka ku śmierci. Bo jak narodziny są pierwszym krokiem ku umieraniu, tak umieranie w Panu stanowi pierwszy krok ku życiu. Życiu, które nie jest jakąś odległą abstrakcją - bo przed Szczepanem już w chwili śmierci otwarło się niebo...
Jednak winien jestem małe uzupełnienie do pierwszego akapitu, który odnosi się nie tylko do rezygnacji z blichtru i światowości – to byłoby nazbyt oczywiste. Szukanie własnych stajenek to również otwarcie na sprawy pozornie małe. Niezadowolenie z siebie często zakorzenione jest w nadmiernych oczekiwaniach wobec własnego życia duchowego. W głębi ducha stawiam sobie cele, które są obce mojej naturze i mojemu powołaniu. Bywają jak rozbudowane pałace, które z jednej strony stanowią bastion pychy, z drugiej stają się źródłem zniechęcenia. Odnajdowanie stajenki będzie więc również polegało na radości z rzeczy małych – przełamywań skrojonych na moją miarę, cichych aktów wiary i miłości…