Kiedy dziś przeczytałem relacje z wewnętrznej walki Sebastiana, przyszła mi na myśl pewna metafora, która zaczęła układać się w cały ciąg obrazów. Nasze życie jest jak okręt, któremu do żeglugi niezbędne są różne akcesoria:
- ŻAGIEL, czyli NADZIEJA, która wychwytuje najmniejszy powiew wiatru;
- KOTWICA, czyli WIARA, która pozwala przetrwać sztormy i zatrzymać się w ważnych portach;
- MAPA, czyli ROZUM (taki, w jaki każdy z nas został wyposażony - nie większy ani mniejszy);
- wreszcie na pokładzie musi znajdować się STER, czyli WOLA. bez niej okręt dryfuje niesiony przez żywioły zmysłów;
Oczywiście podmiotem tu jest MARYNARZ, który stanowi serce i mózg okrętu, a wiedziony jest tym co w życiu najważniejsze - MIŁOŚCIĄ.
Ale jest jeszcze mały drobiazg, bez którego według mnie okręt przechylałby się na lewo i prawo. Coś, co stanowi o jego stateczności - to BALAST, czyli ...WĄTPLIWOŚCI (i tu już słyszę protesty, bo przecież "prawdziwy chrześcijanin powinien być od nich wolny"). A jednak powtórzę - wątpliwość staje się obciążeniem, które pozwala okrętowi na stabilny kurs.
Wiara bez niepewności przestaje być wiarą. Mam osobiste przeświadczenie, że wątpliwość jest nam dana i zadana przez samego Boga (jeśli ktoś ma wolę zrozumieć, co przez to mam na myśli, nie odbierze tych słów za bluźnierstwo). Niepewność pozwala w pełni rozwinąć się żaglom nadziei. Bez niej nie byłoby ufności i zawierzenia. To właśnie balast sprawia, że maszt okrętu jest nieustannie wzniesiony ku niebu...