Szczerze mówiąc nie wiem, co to znaczy tak naprawdę medytacja. Owszem, skojarzenia pewne mam, lecz gdyby ktoś wprost spytał, nie umiałbym odpowiedzieć. Medytacji osobiście nie łączę z relacjami z Ojcem. Z Ojcem rozmawiam, zwierzam Mu się, zanoszę modlitwy z prośbą i z dziękczynieniem. Nie widzę tu żadnego związku z medytacją, bo medytacja to na pewno nie rozmowa. Może rozważanie, myślenie? Chyba nie. Dla mnie rozważanie Słowa, to praktykowanie w realu, czyli myślenie i mówienie, ogólnie życie zgodnie ze Słowem Bożym. Czy w ogóle trzeba mówić o tej medytacji? Komu to tak naprawdę potrzebne? Same określenie <rozmowa> nie wystarczy? Z Ojcem się rozmawia, nie medytuje. Chcesz poznać Ojca, nie medytuj, a żyj zgodnie z Jego wolą. To jest recepta na poznanie Go. Z dnia na dzień jestem bogatszy o kolejne doświadczenia i wiedzę dzięki rozważaniu Słowa poprzez praktykę w realu, nie medytowanie. Myślę, że medytując byłbym na początku drogi i w ogóle się nie ruszył do przodu, czyli tam, kiedy myślałem o podjęciu decyzji pójścia za Jezusem. Pod warunkiem, jeśli chodzi o te medytowanie, o którym ja myślę. Po co tak komplikować? Rozmowa z Ojcem, słuchanie Ducha Św. i mądre/rozsądne decyzje własne. Tu nie trzeba medytacji. Praktykowanie Słowa sprawia, że wersety same z czasem dzięki doświadczeniu zdobytemu poprzez uciski pożądliwości i różne sytuacje w naszym życiu stają się czytelne i zrozumiałe w sercu. Ja nie muszę medytować, gdyż staram sie słuchać i żyć zgodnie z wolą Ojca (ze Słowem). I tak poznaję Jezusa, a sam w Nim wzrastam.