MagdaLeno, znowu piękną opowieść wrzuciłaś

ale ja tę alegorię zrozumiałam zgoła inaczej niż Janusz.
Wydaje mi się, że nie chodzi w niej o wytrwanie do końca, lecz o zauważenie i docenienie ludzi skromnych, niepozornych i ich, wydawałoby się nic nie znaczącej pracy. Pracy, której efektów się nie dostrzega, dopóki jest wykonywana ...
Po takim długotrwałym niedocenianiu następuje albo bunt, albo totalna deprecha

i obniżenie własnej wartości.
Szarość egzystencji malutkiej,przez wiele lat niezauważanej śrubki polegała też na tym, że przez wiele lat nie była naoliwiana - i tu zaczyna się problem wytrwania do końca. Wszystkie śrubki, małe i duże muszą być naoliwiane

Jeśli przyjmiemy, że jesteśmy takimi śrubkami i chcemy wytrwać do końca - potrzebujemy oliwy.
Dla mnie tą oliwą jest Boże Słowo. To Ono daje mi siłę i wiarę w swoją wartość. Wartość, jaką mam w Bożych oczach, nie ludzkich. Dla Boga byłam warta złożenia ofiary z Jego Syna. Apostoł Paweł mówi: "drogoście kupieni" - Krwią Chrystusa.
Boże Słowo zapewnia mnie, że Zbawienie mam darmo, z łaski, przez wiarę - nie z uczynków, bym się nimi nie chlubiła. Nie muszę się krzyżować(to i tak nic nie da), zrobił ta dla mnie Jezus, a teraz wzywa mnie, bym Go naśladowała - ale nie w krzyżowaniu siebie, lecz swojego grzechu. To swój grzech mam przybić do krzyża, nie siebie - ja mam trwać przy Bogu wielbiąc Go, znosząc cierpliwie wszelkie niedogodności tego trwania.
Tylko tak rozumiem swój krzyż. Cierpiętnictwo i umartwianie się nie ma tu nic do rzeczy, Januszu.
ps.
mam nadzieję, że "małe co nie co dla podniesienia ducha" można komentować, dlatego pozwoliłam sobie niniejszym to uczynić

Pozdr