Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że Koinonia to nie tylko katolicy (którzy chyba tu nawet są mniejszością - nikt tego nie liczył). Tak więc i sakrament spowiedzi nie dla każdego jest tutaj elementem duchowej drogi. Ale temat jest ciekawy, bo sam również chętnie poznałbym nieco inne drogi pojednania z Bogiem, jakie z pewnością towarzyszom tradycjom niekatolickim.
Pisaliśmy już kiedyś na ten temat, ale osobistego świadectwa nigdy za wiele, więc w paru słowach również od siebie chcę coś powiedzieć. Każda spowiedź jest dla mnie jakimś przedzieraniem sie przez "pustynię pokory i szczerości" ku "Ziemi Obiecanej". Kiedy dłuższy czas nie przystępuję do tego sakramentu, a dusza zdąży się mocno przybrudzić, czuję w sobie do tego stopnia pragnienie, że śni mi się po nocach szukanie księdza w konfesjonale, a kiedy już go znajdę, czuję błogą radość z obecności samego Jezusa. Tak też jest w rzeczywistości - każde wyznanie grzchów to uwolnienie z niewoli egipskiej.
Ostatnio bardzo silnie splotły się we mnie trzy odległe wątki biblijne, któe można krótko ująć 3 X 40: potop za czasów Noego (40 dni), przejście przez pustynię (40 lat) i przebywanie Jezusa na pustyni (40 dni). Dwa pierwsze dotyczą prawdziwego (i symbolicznego) oczyszczenia z grzechów. Jezus nie wymagał oczyszczenia, a jednak wszedł w rzeczywistość pustyni - myślę, że było to potrzebne, aby w pełni przejść drogę ludzką, wskazując nam tym samym na potrzebę walki duchowej, w której bardzo ważnym elementem jest wyciszenie (tj. wyzbycie się wszelkich trosk i przywiązań ziemskich).