Zastosowałem trochę przewrotny tutuł w nowym wątku i myślę, że Moderatorka wybaczy mi tę niewinną prowokację

Nie chodzi mi o promowanie jakiejś muzyki satanistycznej, ale o postawienie pytania - czy w ogóle istnieje coś takiego jak muzyka chrześcijańska i niechrześcijańska? (oczywiście abstrahując od tekstów)
Osobiście dzielę muzykę na dobrą (której w naszych mediach jest tyle, co na lekarstwo) i jazzzgot (skojarzenie z pewnym kierunkiem muzyki zupełnie przypadkowe, bo lubię klasyczny jazz)

Z kolei ilość głosek "z" w moim neologizmie jest nieprzypadkowa, bo świadczyć one mają o zagłuszającej kakofonii. Właśnie - "zagłuszającej" - nad tym określeniem warto się zatrzymać, bo ono jest kluczem do zrozumienia wszelkiego jazzzgotu udającego muzykę...
Kakofonia zagłusza przede wszystkim naszą wrażliwość (estetyczną, emocjonalną, duchową). Pozwala też zagłuszyć sumienie, bo w odpowiednim nagłośnieniu i rytmie wprawia człowieka w trans, wyłączając jego wolę. W tym więc znaczeniu może być destruktywna dla człowieka, a więc również antychrześcijańska. W wydaniu bardziej niewinnym (np. disco-polo) po prostu zabija wyczulenie na smak i potrzebę jego wysubtelniania. Oczywiście to tylko moje osobiste zdanie...
W niniejszym wątku chciałnbym się jednak skupić na innym pytaniu. Jaka muzyka, nie głosząc literalnie Ewangelii, jest przez Was odbierana jako szczególnie budująca?