Małgosiu i Sebastianie - nie jest to taka prosta sprawa, uporać się z własną niemocą i poczuciem niskiej wartości. Sytuacja Małgosi nie jest mi obca - osobiście też kiedyś w latach studenckich wylądowałem u psychologa, bo ciągle miałem poczucie, że jakiś pociąg odjeżdża, a ja zostaję na peronie. Ta dosłowna wizja z moich często powtarzających się snów była też jakimś obrazowym wyrazem tego, co nieustannie czułem na jawie.
W szystko brało się stąd, że od urodzenia mam nieco inne tempo funkcjonowania. Na studiach inni potrafili w kilka dni wkuć parę książek na blachę, a ja grzęzłem w kilku kartkach. Inni potrafili błyszczeć w towarzystwie inteligencją, a ja czułem się jak niemrawy muł. Później w pracy wszyscy w okół zaczęli szybko robić doktoraty, a ja do dziś siedzę z trzema literkami (nigdy nie goniłem za tytułami, ale środowisko, w którym pracuję wywiera dużą presję). Dzisiaj nauczyłem się odpierać to, co otoczenie próbuje mi narzucić, ale jest to nieustanna walka i bunt.
Ewa tak pięknie napisała, że "czas to miłość" i tego warto się trzymać! Idąc przez życie z takim podejściem, nosimy w sobie przekonanie, że nic w nas nie przemija. Nic z miłości nie jest trwonione - nawet jeśli nie widać namacalnych owoców, one gdzieś tam poza nami (a i w nas samych) nieustannie wzrastają!
Największą pokusą człowieka jest DOTKNĄĆ własnej wartości. Ludzie pragną doświadczać jej przez pieniądz, sławę, uznanie, urodę, seks, władzę... i wiele innych fantomów wartości. Takie chwytanie cieni przywodzić może do rozpaczy nawet tych, którzy za tym nie gonią, lecz zanurzeni są wśród ludzi owładniętych pogonią za urojeniami.