Autor Wątek: Jestem do niczego...  (Przeczytany 4511 razy)

Offline ewa

  • Moderator
  • Nowicjusz
  • *****
  • Wiadomości: 2
Jestem do niczego...
« dnia: 4 03 2010 o 09:34:35 am »
Wiele razy słyszę od innych słowa: "jestem do niczego, do niczego się nie nadaję", albo "jestem brzydka, żaden chłopak nawet na mnie nie spojrzy", "nie mogę patrzeć do lustra" itp. Przyznaję, że czasem w mojej głowy też pojawiają się myśli typu: "Jestem beznadziejna..." Dzięki Bogu nie trwa to długo:)
A jak jest z Tobą? Co o sobie myślisz? Jak siebie widzisz?

AdamS

  • Gość
Trzy drogi wartościowania
« Odpowiedź #1 dnia: 4 03 2010 o 11:34:41 am »
Wprawdzie czas pierwszej młodości mam już daleko za sobą ;) niemniej swoje trzy grosze wtrącę do tematu, bo myśl, która przypisywana jest młodzieży (pewnie z uwagi na silny rowój krytycznego myślenia) pojawia się też u osób dojrzałych - sam nie jestem od niej wolny. Często pojawiają się we mnie dołujące myśli, że nie mam żadnych osiągnięć, a życie przepływa mi jałowo między palcami...

Sprawa dotyczy poczucia własnej wartości, a ta zawsze musi być do czegoś odniesiona. Można ją odnosić do innych (wtedy chyba najłatwiej o doła) ;) Można ją wiązać z własną wizją samego siebie (to również mało bezpieczne, bo takie wizje bywają zwykle mocno wyidealizowane). Ale można też kwestię wartości odnosić do siebie-przeszłego. I to chyba jest najlepsza droga, pozwalająca budować w sobie wartości krok po kroku, niezależnie od otoczenia...
« Ostatnia zmiana: 4 03 2010 o 11:36:28 am wysłana przez AdamS »

Offline Krzysiek

  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 282
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #2 dnia: 4 03 2010 o 11:54:08 am »
Witam!

na potwierdzenie słów Adama dotyczących tego, że niska samoocena to nie jest problem rozwojowy, również przyłączę się do głosu młodzieży starszej :-)

To jest bardzo skomplikowany problem, który nierzadko ma wpływ na całe życie człowieka, stanowiąc dla niego ogromny ciężar. Niestety, poradzenie sobie z tym nie jest łatwe, ponieważ już samo dojście do prawdziwej przyczyny takiego stanu rzeczy (uraz z dzieciństwa, nierówne traktowanie rodzeństwa, zbyt wymagający rodzice, opresyjna szkoła itp. itd.) może być bardzo bolesne. Stąd też niektórzy przez całe życie boją się szperać zbyt głęboko we własnej pamięci, wybierając drogę życia z bólem.
Niestety, w naszym pięknym kraju wciąż jak na lekarstwo osób parających się poradnictwem czy duszpasterstwem, które byłyby do swojej roli odpowiednio przygotowane. Tymczasem większość  nas żyje z jakąś drzazgą, która daje o sobie znać w najmniej spodziewanych czy wręcz nieuświadomionych momentach.
Ale, żeby nie było tak ogólnie i pesymistycznie: ostatnimi czasy udało mi się rozgryźć kilka przyczyn wywołujących np. brak poczucia bezpieczeństwa w określonych sytuacjach. To jest naprawdę fascynujące, choć wymaga dużo wysiłku i nierzadko towarzyszy temu ból. Ale czyż można wyleczyć duszę bez zrozumienia tego, co ją boli?

Pozdrawiam,
Krzysiek


Offline ewa derlak

  • Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 25
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #3 dnia: 4 03 2010 o 16:53:14 pm »
Do wymienionych przez Krzysztofa przyczyn zaburzonego poczucia własnej wartości dorzucę nadopiekuńczość. Wydawało mi się, że najłatwiejszą rzeczą na swiecie jest milość do wlasnych dzieci, że to tak proste, jak oddychanie.
Ja, matka dwóch dorosłych córek, wiem po latach wielu, że mądra miłość to ogromne zadanie.
Że wspierać to nie to samo co wyręczać.
Że troszczyć się to nie to samo co chronić pod kloszem.
Że ....... nadopiekuńczość to też niestety przemoc, osłabiająca, hamująca samodzielność dziecka.
Mam nadzieję, że przeczytają moje słowa matki małych jeszcze dzieci.

Offline ewa derlak

  • Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 25
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #4 dnia: 4 03 2010 o 19:01:57 pm »
Do Adama:
Masz, jak większość z nas, obowiązki rodzinne, zawodowe, swoje pasje.
Masz, jak zdecydowana mniejszość z nas, czas, by z ogromnym zaangażowaniem reagować na problemy korespondentów naszego forum.
Skąd więc u Ciebie (mam nadzieję, że chwilowe) wrażenie, że Ci życie jałowo przecieka przez palce?!
Jak można żyć, Twoim zdaniem, pełniej,niż poświęcając swój czas i uwagę ludziom, których nawet dobrze nie znasz?
Przecież "CZAS TO MIŁOŚĆ", co może być ponad to? Ewa

Offline Norah

  • Administrator
  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 368
  • Uśmiechnij się =)
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #5 dnia: 4 03 2010 o 21:32:38 pm »
Temat odpowiedni do mojego obecnego stanu.
Kiedyś, kiedy jeszcze byłam nastolatką może i też miałam takie myśli, że jestem do niczego. Tak czy inaczej rzadziej pojawiały się niż teraz. Pojawiły się problemy i pojawiły się myśli o większej beznadziejności. Naprawdę, jest ciężko. Chodzę do psychologa, chcę się ratować, ale ostatnio podjęłam rezygnację z tych wizyt - nawet rezygnację z walki. Niedługo musiałam czekać na zmianę podjętej decyzji bo sumienie już zawsze będzie się odzywało, Bóg już zawsze będzie się o nas upominał. i ja to widzę.
Nie wiem czy i kiedy z tego wyjdę, ale na tę chwilę życie moje jest okropne, do niczego.

To teraz się narobiło, przyszłam na forum po przerwie i tylko marudzę. Przywołajcie mnie do porządku, a nie będę pisała takich smutnych postów.

"Boże bliski, przemień zamknięte oczy
w oczy szeroko otwarte" - JPII



Nie widzą Ciebie moje oczy, - Nie słyszą Ciebie moje uszy; - A Jesteś Światłem w mej pomroczy. - A Jesteś Śpiewem w mojej duszy. :)

AdamS

  • Gość
Wśród urojeń wartości
« Odpowiedź #6 dnia: 5 03 2010 o 08:51:33 am »
Małgosiu i Sebastianie - nie jest to taka prosta sprawa, uporać się z własną niemocą i poczuciem niskiej wartości. Sytuacja Małgosi nie jest mi obca - osobiście też kiedyś w latach studenckich wylądowałem u psychologa, bo ciągle miałem poczucie, że jakiś pociąg odjeżdża, a ja zostaję na peronie. Ta dosłowna wizja z moich często powtarzających się snów była też jakimś obrazowym wyrazem tego, co nieustannie czułem na jawie.

W szystko brało się stąd, że od urodzenia mam nieco inne tempo funkcjonowania. Na studiach inni potrafili w kilka dni wkuć parę książek na blachę, a ja grzęzłem w kilku kartkach. Inni potrafili błyszczeć w towarzystwie inteligencją, a ja czułem się jak niemrawy muł. Później w pracy wszyscy w okół zaczęli szybko robić doktoraty, a ja do dziś siedzę z trzema literkami (nigdy nie goniłem za tytułami, ale środowisko, w którym pracuję wywiera dużą presję). Dzisiaj nauczyłem się odpierać to, co otoczenie próbuje mi narzucić, ale jest to nieustanna walka i bunt.

Ewa tak pięknie napisała, że "czas to miłość" i tego warto się trzymać! Idąc przez życie z takim podejściem, nosimy w sobie przekonanie, że nic w nas nie przemija. Nic z miłości nie jest trwonione - nawet jeśli nie widać namacalnych owoców, one gdzieś tam poza nami (a i w nas samych) nieustannie wzrastają!

Największą pokusą człowieka jest DOTKNĄĆ własnej wartości. Ludzie pragną doświadczać jej przez pieniądz, sławę, uznanie, urodę, seks, władzę... i wiele innych fantomów wartości. Takie chwytanie cieni przywodzić może do rozpaczy nawet tych, którzy za tym nie gonią, lecz zanurzeni są wśród ludzi owładniętych pogonią za urojeniami.

Offline ewa derlak

  • Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 25
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #7 dnia: 5 03 2010 o 09:35:01 am »
Musimy się nauczyć  akceptować własną niedoskonałość.
Porównywanie się z innymi to wielka pułapka.
To co, że ktoś ma doktorat, jak nie umie własnej żonie powiedzieć, że ją kocha.
Co z tego, ze ktoś potrafi brylować w towarzystwie, jak nie można na niego liczyć w trudnych chwilach.
Może uwolnijmy się po prostu od tej gry pozorów, od przymusu kontroli siebie i innych, od "zasługiwania" na poklask, podziw i "ziemskie nagrody"
Moja upośledzona siostra nie potrafi wiele: mówi nam jednak, że nas kocha. Jej twarz wtedy jaśnieje i wygląda na bardzo szczęśliwą. Dużo bardziej od nas, mających prawie wszystko....

Offline Norah

  • Administrator
  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 368
  • Uśmiechnij się =)
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #8 dnia: 5 03 2010 o 09:54:36 am »
Mój przypadek jest trochę trudniejszy. Jestem od czegoś uzależniona. Czegoś, co jest grzechem śmiertelnym. Czasem już nawet nadziei nie widzę na to, aby cokolwiek się zmieniło. Nie mam jeszcze odwagi na tyle aby dzielić się tym z Wami na forum - ale też nie o to chodzi aby się uzewnętrzniać. Niektórych rzeczy lepiej nie ujawniać.

Zgodzę się z wypowiedzią Ewy. Tytuły przed nazwiskiem o niczym nie świadczą.
"Boże bliski, przemień zamknięte oczy
w oczy szeroko otwarte" - JPII



Nie widzą Ciebie moje oczy, - Nie słyszą Ciebie moje uszy; - A Jesteś Światłem w mej pomroczy. - A Jesteś Śpiewem w mojej duszy. :)

AdamS

  • Gość
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #9 dnia: 5 03 2010 o 10:16:33 am »
Norah - sama ŚWIADOMOŚĆ własnego uzależnienia jest drogą. Wiem, że ona dołuje, ale też daje impuls do zmian i budzi pokorę, która jest ważnym potencjałem na całe życie - potencjałem, który pozwala odpierać ataki tego świata i patrzeć na ludzi przez pryzmat inny niż rzeczywistość przemijająca.

Offline Zbyszek

  • Administrator
  • Pasjonat
  • *****
  • Wiadomości: 119
  • Dobrze być człowiekiem Słowa.
    • Slowo.pl
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #10 dnia: 5 03 2010 o 11:38:17 am »
Mój przypadek jest trochę trudniejszy. Jestem od czegoś uzależniona. Czegoś, co jest grzechem śmiertelnym. Czasem już nawet nadziei nie widzę na to, aby cokolwiek się zmieniło. Nie mam jeszcze odwagi na tyle aby dzielić się tym z Wami na forum - ale też nie o to chodzi aby się uzewnętrzniać. Niektórych rzeczy lepiej nie ujawniać.

Norah - najlepsze, co my możemy zrobić, to pamiętać o Tobie w modlitwie. Nie jesteś sama - każdy z nas zmaga się z życiem. Jeden z tym, drugi z tamtym, ale łączy nas ta sama grzeszna natura i ten sam Chrystus! To jest dla mnie źródłem wielkiej pociechy. Dwa słowa o grzechu śmiertelnym, o którym piszesz. Staram się tak nie dzielić rzeczywistości. Każdy grzech jest śmiertelny (vide Pawłowe Zapłatą za grzech jest śmierć), więc to nie jest tak, że jak jesteś od czegoś uzależniona, to jesteś gorsza od innych. Nie jesteś! To, co nas zniewala, może co najwyżej w większym lub mniejszym stopniu wpływać na nas i na bliskich.

Forum publiczne z pewnością nie jest miejscem, gdzie każdy zechce dzielić się wstydliwymi sprawami, ale moim zdaniem jeśli się z czymś borykasz, znajdź osobę, której naprawdę ufasz i która jest godna zaufania. Powiedz jej o swoim problemie i poproś, aby pomogła Ci się z tego wydostać. Poproś ją niech dzwoni do Ciebie i prosi o relacje z frontu walki ze słabościami. Myślę, że w ten sposób łatwiej pokonasz to, co Cię gnębi. Słowo Boże mówi tak:
Cytuj
Lepiej jest dwom niż jednemu (...), bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł. Kaznodziei Salomona 4:9-10

I tego się trzymajmy. Dziękuję za to, że tu jesteście!

Zbyszek

Offline Norah

  • Administrator
  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 368
  • Uśmiechnij się =)
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #11 dnia: 5 03 2010 o 18:44:09 pm »
Sebastianie, masz rację. I ja rzuciłam palenie tylko z pomocą Bożą. Ponad pół roku temu po 7-letnim czasie palenia. i wiem, że to jest możliwe z Jego pomocą. Sama nie dałabym rady. doskonale wiem o czym piszesz i znam tę metodę. niestety zaczęłam wraz z innymi problemami palić na nowo - obecny problem jest na tyle trudny, w dodatku jestem w takim momencie że chyba brak mi wiary do tego aby wyjść z problemów. z nałogu. aby zmienić moje życie. Nawet moje wypowiedzi są zbyt chaotyczne.
a psycholog? Wiem, że nie jest mi do niczego potrzebny. osoby które znają mój problem namawiały mnie do tego. Widzę jednak po paromiesięcznym chodzeniu do psychologa, że to nie był najlepszy pomysł. Chcę wierzyć, że Jezus mi kiedyś pomoże, tylko aby się tak stało, muszę zacząć wierzyć z całego serca. Trudno mi to idzie.. Nie potrafię tego przekazać.. a szkoda.
"Boże bliski, przemień zamknięte oczy
w oczy szeroko otwarte" - JPII



Nie widzą Ciebie moje oczy, - Nie słyszą Ciebie moje uszy; - A Jesteś Światłem w mej pomroczy. - A Jesteś Śpiewem w mojej duszy. :)

Offline Norah

  • Administrator
  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 368
  • Uśmiechnij się =)
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #12 dnia: 14 03 2010 o 20:44:52 pm »
Zapomniałam odpisać w tym temacie. Przeczytałam jakiś czas temu ten post Sebastianie ale nie miałam jakoś nastroju do odpowiedzi.
Obecnie jest lepiej :) i to tylko dzięki Jezusowi! Ciężka droga przede mną, ciężko będę musiała pracować nad sobą - ale będę się starała.
To co dodałeś Sebastianie, teraz widzę trochę inaczej niż wtedy jak to czytałam. Tak Łaska Boga i Jego miłosierdzie zmienia nasze serca :)

Pozdrawiam
"Boże bliski, przemień zamknięte oczy
w oczy szeroko otwarte" - JPII



Nie widzą Ciebie moje oczy, - Nie słyszą Ciebie moje uszy; - A Jesteś Światłem w mej pomroczy. - A Jesteś Śpiewem w mojej duszy. :)

Offline Claudine:)

  • Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 41
  • “Każdy krok zostawia ślad.”
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #13 dnia: 28 05 2010 o 14:45:17 pm »
Poczucie własnej wartości..hmm od kilku lat tak naprawdę wiem co to wogóle znaczy:) Właściwie od kiedy poznałam Jezusa świadomość o jakiejkolwiek wartości siebie samej ma miejsce...W wielku 15 lat doznałam takiej dawki miłości, że moje życie się zmienilo:) Kiedy zaczęłam czytać Biblię to dotarło do mnie, że Bóg widzi mnie całkiem inaczej niż ja siebie samą:) świadomość, że jestem dzieckiem Bożym, że Jezus oddał za mnie życie!! To było tak niesamowite, że poczułam się kochana, piękna, chciana i czułam, że komuś na mnie zależy:) To był przełomowy moment w moim życiu, kiedy zaczęłam dostrzegać swoją wartość...moją pułapką , w którą wpadałm wcześniej bylo to, że ważne było to co ludzie o mnie myślą, jak mnie traktują:( a teraz moją wartość wyznacza Bóg, a wiem, że dla Niego jestem bardzo ważna:)
Myślę, że na poczucie własnej wartości ma wpływ masa czynników...na mnie szczególnie sytuacja rodzinna...bo pochodzę z patologicznej rodziny i wychowywałam się bez ojca...więc zawsze było mi brak zainteresowania i miłości:) a teraz mam dwóch ojców:) i jestem szczęśliwa:) pewnie jesteście ciekawi dlaczego dwóch, ale to kiedyś wam napisze:) pozdrawiam gorąco:D

AdamS

  • Gość
Odp: Jestem do niczego...
« Odpowiedź #14 dnia: 28 05 2010 o 15:05:48 pm »
Tak, Klaudio, skrępowanie cudzą opinią może być niezwykle paraliżujące. Sam tego kiedyś doznawałem i ciesze się, że Tobie również udało się z tego wyzwolić. Niska samoocena pewnie często podyktowana jest relacjami patologicznymi (raczej unikam sformułowania "rodzina patologiczna", bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy wśród różnych patologii zanurzeni). Oczywiście te chore relacje mogą być bardziej lub mniej nasilone. W każdej jednak sytuacji istnieje możliwość wyzwolenia się od ich wpływu.

Nieraz spotykamy się z opinią, że "skoro matka pije, to i córka będzie alkoholokiem"... "jeśli ojciec bił, to i syn będzie używał przemocy" itd. itp. Determinizm, fatalizm czy co tam jeszcze - wszystko to pozwala przełamać w naszym życiu jedna osoba - Jezus Chrystus, który ofiaruje nam zawsze nowe życie, wyzwolone spod wszelkich obciążeń. Cieszę się, Klaudio, że jesteś z nami i oczywiście obiecuję modlitwę za pomyślny przebieg operacji.