Autor Wątek: ŚWIADECTWA  (Przeczytany 1499 razy)

AdamS

  • Gość
ŚWIADECTWA
« dnia: 5 02 2010 o 13:08:02 pm »
Dodaję ten wątek, bo czułem, że czegoś tu brakuje ;) Mój pierwszy wpis nie będzie osobistym wyznaniem, ale niewątpliwie jest żywym świadectwem przeciwko eutanazji - warto przeczytać: http://wiadomosci.onet.pl/2124208,441,lekarze_zajrzeli_w_mozg_29-latka_sa_zdumieni,item.html

Offline Natanael

  • Moderator
  • Pasjonat
  • *****
  • Wiadomości: 125
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #1 dnia: 6 05 2010 o 09:06:44 am »
Urodziłem się w domu w niewielkim miasteczku i ten dzień o mało nie był moim ostatnim. Nie oddychałem. Uduszenia pępowiną się zdarzają. Akuszerka widząc co się dzieje dosłownie wyrwała mnie i przywróciła do życia. Dowiedziałem się o tym niestety zbyt późno aby jej podziękować.
Pierwsze zdanie jakie doskonale pamiętam o Bogu usłyszałem w pokoju gdzie się urodziłem. Przy stole rozmawiał brat z siostrą (9 i 10 lat starsi ode mnie). Padło zdanie: "Bóg wszystko widzi" a ja schowałem się od razu za fotel... Mogłem mieć wtedy około 5 lat...
Mój tata sporo i często popijał. Nie doświadczyłem tak cennego rodzinnego ciepła. Kłótnie przekleństwa, milicja. Często uciekaliśmy z domu do sąsiadów lub rodziny na kilka godzin lub na kilka, kilkanaście dni... Znienawidziłem go. Pewnego dnia powiedziałem mojej babci (jego mamie), że jak jeszcze raz podniesie rękę na moja mamę to go zabiję. To było szczere.
Koledzy, las i zeszyt z zapiskami - (stare dzieje) były moim lekiem a używki i pożądliwości ucieczką.
W szkole nie miałem problemów z nauką. Jednak z powodu chęci szybkiego usamodzielnienia wybrałem szkołę zawodową (- to tylko 3 lata i od razu jakieś pieniążki za praktyki). Dość szybko popróbowałem różnych używek. Kilku z moich dawnych znajomych - kolegów odeszło...
Tata też ciężko zachorował. Alkohol, papierosy i sposób życia zrobiły swoje. Pewnego wieczora powiedziałem mamie -  dziś ja pójdę do szpitala... Tak to jakoś ze mnie wtedy wyszło...
Leżał sam, był nieprzytomny, taki inny, taki biedny... Krople potu na twarzy, chusteczka na czole. Oddychał z wielkim trudem charcząc. Poczułem żal że nigdy nie poczuliśmy swojej miłości a także gniew i żal że zostaliśmy z tego okradzeni (- do dziś to czuję). Usiadłem na krześle obok łóżka. W moim zeszycie narysowałem tą twarz i napisałem co czuję prosząc jego i Boga o wybaczenie i... odetchnął lekko - ostatni raz...
Jeśli chodzi o Boga, zawsze miałem przekonanie, że ON jest. Urodzony w Polsce, poddany obrządkowi katolickiemu tak jak ogromna większość ludzi w tym kraju przechodziłem kolejne sakramenty jak to jest w zwyczaju. W kościele bywałem rzadko ale kilka razy byłem tam sam i zawsze wtedy, gdy szczerze mówiłem do Boga, czułem coś specjalnego...
Ciekawiły mnie różne dziwne zjawiska,  teorie, domniemania m.in. dot. wiary i duchowości. Niestety, jak dziś wiem, nie były to poszukiwania w dobrą stronę. Kilka razy wywoływałem duchy. Śpiewałem mantry. Zajmowałem się rebirthingiem a także medytacją i buddyzmem zen. Doświadczałem różnych sensacji. Wokół mnie działy się ponad naturalne rzeczy. M.in. byłem w grupie ludzi z których kilka, w tym mój kolega, chodziło po rozżarzonych węglach. Nie piszę tu o jakimś ognisku ale okręgu ponad 10 m. średnicy i wys. ok. 30-50 cm. żaru pozostałego po spaleniu stosu suchych drzew sosnowych (jakaś szkodnik zniszczył te drzewa i wozem konnym zwieźliśmy taki lasek) ułożonych na przemian do wysokości człowieka z podniesiona ręką - ponad 2m. Ogień przy spaleniu tego stosu bił na 3 wysokości słupa energetycznego stojącego w pobliżu. Po spaleniu trudno było tam podejść. Długimi żerdziami rozgarnięto  czerwony a właściwie rozgrzany prawie do białości żar. Trzy osoby powoli kolejno przeszły po tym na boso. Ich nogi zapadały się w żar ale nic im nie było. Nawet włosy na nogach się nie opaliły. Dziś wiem, że to były praktyki bardzo bliskie piekła.
Kilka razy byłem bliski śmierci z różnych powodów. Podam może kilka przykładów. W pierwszej pracy poważne porażenie prądem od napędu suwnicy (ponad 300 volt). Miałem (na szczęście krótkotrwały) skurcz twarzy, arytmię i nawrotowy częstoskurcz serca np. ok. 220 uderzeń na minutę przez ok. 30 min. Miałem zapaść z powodu używek.
Przyplątała się też dziwna przypadłość. Pewnego dnia pożółkły mi oczy i z rozpoznaniem żółtaczki zabrano mnie karetką do szpitala w innym mieście. To było po południu. Pobrano mi krew do badania i umieszczono w osobnej sali. Nad  ranem obudziła mnie pielęgniarka i znów pobrała krew. Zdziwiony zapytałem dlaczego, odpowiedziała "a bo ma pan opad jak przed śmiercią" i wyszła. Zostałem sam. Myśli szybko przebiegały przez głowę. Zimowy świt, wrony za oknem, drzewa bez liści, zimna sala, lamperie i białe szpitalne łóżko. Malutka córeczka w domu (- w wynajętej kawalerce - ślubu jeszcze nie braliśmy łudziliśmy się że dla samotnych matek będą większe szanse na mieszkanie). - Czy ja teraz umieram...? - Czy to już koniec...? Mam nieco ponad 20 lat. Z nikim porozmawiać, nikogo zawołać. - Oddział zakaźny. Czekać na wizytę. Jest źle, lekarze szepczą, nic nie mówią głośno, leków nie dostaję i słabnę. Czuję że jest źle. Po jednym z badań miałem 3,2 hemoglobiny. Dociera do mnie że lekarze nie wiedzą co się dzieje. Odwiedziny. Za oknem rodzina, uśmiecham się z trudem, a w zeszycie w kratkę napisałem już kilka pożegnalnych słów...   Jest coraz gorzej, słabnę. Poszedłem do łazienki i... ocknąłem w łóżku z bandażem na głowie. Straciłem przytomność. Upadłem, rozbita głowa i łokieć boli. Z trudem mogę się poruszyć i czuję, że tej nocy nie przeżyję. Jest weekend. Szepczę - siostro, ja umrę, dajcie mi krew. - Nie wolno. Lekarz zalecił w poniedziałek wyciąg szpiku z mostka do badania. Krwi nie mogą podać bo badanie będzie miało fałszywy wynik. Najpierw wyciąg potem krew a anestezjologa teraz nie ma. W poniedziałek będzie pobranie szpiku i krew. - Odpowiadam szeptem - to ja dziś umrę... Pielęgniarka zobaczyła chyba że tak może być i jakoś załatwiła - przyjechał anestezjolog. Znieczulenie miejscowe wyciąg szpiku i krew. Życie wraca, ożywam - jakie to wspaniałe uczucie. Po kilku dniach znów słabnę i znów krew. Potem była moja najgorsza wycieczka w życiu karetką o świcie do Poznania na specjalne badanie krwi w jakiejś wirówce. Pośpiech chwilami wyjąca syrena i przekleństwa kierowcy na tych, którzy nie ułatwiają przejazdu karetki. W końcu diagnoza: sferocytoza. Trzeba usunąć śledzionę... Potem operacja i mogłem już odetchnąć spokojniej. Żyję.
Wzięliśmy ślub (1.5r. córeczka rozkosznie tańcowała). Dostaliśmy w końcu mieszkanie z ruchu ludności gdzie mieszkamy z żoną do dziś. Pewnego dnia ok. 10 lat temu kolega (chodzący po ogniu) zaprosił mnie i powiedział że Jest prawdziwy Bóg, jeden, to Ten opisany w Biblii. Powiedział, że się nawrócił, widziałem że to prawda, że mówi szczerze, że wierzy i jego żona - przyjaciółka mojej żony (poznaliśmy ich z sobą) też. Pokazał mi wtedy fragment mówiący o darach Ducha Świętego. Zapytałem czy dostał jakiś z tych darów, odpowiedział, że tak więc ja też zechciałem taki mieć, np. języków... Zaprosił mnie do Kościoła Zielonoświątkowego. Poszedłem. Jacyś serdeczni, otwarci ludzie, proste wnętrze, zwykły krzyż, pastor w garniturze. Czułem się nieswojo - ci ludzie modlili się naprawdę, własnymi słowami i to tak jakby Bóg był tuż, jedni głośno inni cicho, większość stała, kilku klęczało. Wznosili ręce, klaskali, śpiewali naprawdę, pełnym głosem, czasem radośnie i żywo czasem tak tęsknie... Ja nie umiałem tak się modlić, nie znałem słów tych pieśni, nie pasowałem tu taki jaki byłem co robiłem... W pewnym momencie padło zaproszenie aby wyjść do przodu jak ktoś  chce (ja chciałem przecież darów) i wyszedłem do przodu. Jacyś ludzie modlili się o mnie a ja byłem ciekaw co się wydarzy... Wracałem do domu sam, ciemno, wieczór, pustki na ulicach, we mnie kilka myśli o Bogu (którego jeszcze wtedy nie znałem) i  o moich zachciankach 'przyjemnościach' które mnie ciągnęły. Nie czułem żadnych sensacji, we wnętrzu nic się nie wydarzyło, darów nie dostałem... Czułem że trzeba by radykalności a ja nie byłem gotów, nie spróbowałem zrezygnować z jak wtedy myślałem 'przyjemności' i dalej poszedłem swoją droga ale już byłem pewien, że Bóg jest, że są ludzie, którzy prawdziwie wierzą, jacyś inni niż inni, po których widać zmianę, prawdziwą wiarę.
Imałem się różnych zajęć i prac, były też przerwy. Przyszła nawet odrobina wiary w siebie i czas na własną działalność. W latach 1995-96 udało mi się odbyć kilka podróży m.in. na Tenerifę, do Egiptu (Hurghada, Teby, Luksor Karnak, Deir el Bahari, Kair), byliśmy z żoną w USA (Chicago - Illinoi, Ada - Michigan), i na wczasach na Sardynii ( Forte village). Odwiedziłem też Wielką Brytanię (Douver, Newcastle) a wcześniej Italię (Rzym, Anzio, Monte Cassino, Castel Gandolfo), nieco Francji (Paryż i Disneyland pod Paryżem) a także kilkakrotnie Czechy (Praga, Pisek) Niemcy (Berlin, Baden Baden). Pomieszkiwałem też trochę (w sumie ponad dwa lata 2002-2004) w Bordeaux. Gironde to piękny region. Zachodnie wybrzeże Francji jest wspaniałe. Zwiedziłem trochę plaż i nadbrzeżnych miejscowości, które przy okazji polecam. Od Hiszpanii - St. Jean de luz, Biarrritz, Bassin d' Arcachon (Cap - Ferret, La Dune de Pyla), i dalej Soulac-sur-Mer Royan, La Rochelle. Zachęcam też do odwiedzin muzeum w La Reole, twierdzy Blaye, jeziora Lacanau, pięknego wodospadu Cirque de Gawarnie w Pirenejach http://fr.wikipedia.org/wiki/Cirque_de_Gavarnie  i pięknego średniowiecznego miasteczka Sarlat (Dordogne).
W całym tym okresie działałem i myślałem głównie o sobie, starając się przede wszystkim zaspokajać własne zachcianki i pożądliwości. Towarzystwo, imprezki, zabawa przy braku rzetelnej dbałości o własną rodzinę i dom nie dały długo czekać na skutki. Rozchwianie emocjonalne, coraz słabsza więź z kochającymi mnie mimo wszystko małżonką i córką doprowadziło mnie do huśtawki nastrojów wybuchów i depresji.

Pewnego wieczoru będąc sam (trzeźwy) w małym domku w ogrodzie (mamy piękną działkę i czasem pomieszkiwałem tam po kilka dni nie chcąc wracać do domu...) leżąc w łóżku nagle w jednej chwili zobaczyłem kim jestem naprawdę, co zrobiłem, ile krzywdy wyrządzałem sobie, przeciw Bogu i ludziom wokół. To było straszne uczucie. Wyraźnie poczułem że jestem zgubiony i nie ma już dla mnie ratunku chyba, że Bóg jakoś jeszcze się nade mną zlituje. To była chwila. Nawet nie wiem kiedy już byłem na kolanach. Łzy leciały strumieniami, łkając, jęcząc, stękając i trzęsąc się, zanosząc w płaczu, ze ściśniętym gardłem i szalejącym sercem nie byłem w stanie wyartykułować żadnego całego słowa choć moje wnętrze wyło i krzyczało. Dukałem sylaby przeplatane stękami Boże, Jezu ratuj, przepraszam, wybacz, wyrwij mnie z tego, ja nie dam rady sam, prowadź mnie, uwolnij, nie chcę być taki. W pewnej chwili poczułem się lepiej, tak jakoś lekko i pojawiło się we mnie jakieś pojedyncze słowo. Nie było usłyszane uchem ani w sposób, który nazywamy intuicją czy przeczuciem, sumieniem. To było jakby w nowym miejscu, we mnie. Nie wierzyłem że to odpowiedział Bóg, nie śmiałem tego przyjąć. Przecież przed chwilą zobaczyłem jak jestem podły, brudny i plugawy... ale to słowo było, wyraźne, jakby pierwsze i miały paść następne. Rozejrzałem się, myśli szukały rozwiązania co dalej, o co chodzi aż wzrok padł na stary zeszytowy kalendarz - notes. W tym samym miejscu co słowo poczułem łagodne potwierdzenie - zapisz. Zapisałem, popłynęły następne, chwilami łapałem jakby sens i spodziewałem się dalszego ciągu ale słowa brzmiały inaczej, zapisywałem tak jak odbierałem szybko nie zastanawiając się aby nie zgubić padających wyrazów. Po napisaniu przeczytałem. To tak dotykało mojego serca, umysłu, ducha... Zatrzęsła się broda i znów popłynęły łzy ale te już były inne, pełne wdzięczności.
Poranek wstał jakiś jaśniejszy, ludzie jacyś milsi, ja też. Oddychałem jakoś swobodnie. Małżonka myślała że mi całkiem odbiło i bała się o mnie. Jeszce paliłem, popijałem ale czułem że coś się działo i miałem nadzieję. Od czasu do czasu słuchałem tego łagodnego głosu. Czasem zapisywałem dużo, czasem mniej. Rozmyślałem o Jezusie. Dotąd nie czytałem biblii poza kilkoma próbami w tym po kontakcie ze świadkiem Jehowy, który zwrócił mi uwagę na kilka nauk Kościoła Katolickiego niezgodnych z tym co pisze w Biblii.
Po niedługim czasie trafiłem do Kościoła Bożego w Chrystusie. Kolega (chodzący po ogniu) zaprosił mnie tam. Jednego popołudnia, zimą, pojechaliśmy na "DKF" - domowy klub filmowy (to takie oglądanie sensownych filmów i dyskusje na ich temat w domku w lesie, u pastora). Poznałem tam kilku ludzi, atmosfera trochę jak u babci - kominek i takie specjalne rodzinne, domowe ciepło. Porozmawiałem z pastorem, poznałem z jego żoną i córkami. Powiedziałem trochę o sobie i że nie chcę marnować czasu ale iść za Bogiem. Zapytałem co mam robić. Powiedział mi m.in żebym oczyścił swój dom. Przejrzałem półki i szuflady i wyniosłem wtedy różne przedmioty, było tego naprawdę sporo, m.in. książki i figurki dot. kultów i praktyk przeciwnych Bogu. Przeprosiłem i poprosiłem o wybaczenie moją żonę, córkę, mamę, siostrę, napisałem do brata i sam wybaczyłem wszystkim wszystko.
Pamiętam jak pojechałem na nabożeństwo. Już idąc po korytarzu czułem Bożą obecność i że to jest moje miejsce. Uwielbienie było nie do opisania. Pewnego dnia rano chcąc powitać Boga zamierzałem modlić się "Ojcze nasz" (nie wyklepać) w tym momencie poczułem przekonanie, że mam  dar Ducha Świętego, otworzyłem usta i popłynął potok niezrozumiałych słów, których nigdy nie wypowiadałem, podobnych do tych, które słyszałem wiele lat temu w Kościele Zielonoświątkowym i na nabożeństwach KBwCh.
Bóg uratował moje życie. Uwolnił od nałogów zniewoleń z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. - To było wspaniałe. Byłem sam (w pracy), podniosłem rękę i wyrzekłem się kolejno nałogów jakim ulegałem, nakazałem im odejść w imieniu Jezusa Chrystusa i podziękowałem Panu za uwolnienie. To wszystko. Zostałem uwolniony.
Zaufałem Panu - Jezusowi i staram się działać tak jak prowadzi Duch Święty. Moja żona, potem córka także oddały życie Jezusowi a w ostatnią niedzielę 02.05.2010 został ochrzczony córki narzeczony {;-).
Bóg uratował nasze małżeństwo. Teraz mam kochankę, przyjaciółkę, koleżankę i siostrę w Chrystusie - moją małżonkę. Dziękuję za nią Bogu. Jest drogocenną delikatną filiżanką w której taka gorąca kawa (jak ja) nabiera właściwego smaku.


____________________________________________

=> Filmy i historie z dobrym przesłaniem
http://koinonia.slowo.pl/index.php/topic,89.0.html
* zapraszam do świadectw w tym temacie  pkt.26-45
____________________________________________
« Ostatnia zmiana: 24 03 2011 o 10:17:17 am wysłana przez Natanael »
Steruj tak aby trafić do Dobrego portu

Offline Norah

  • Administrator
  • Profesjonalista
  • *****
  • Wiadomości: 368
  • Uśmiechnij się =)
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #2 dnia: 6 05 2010 o 19:15:27 pm »
Natanael dziękuję za to świadectwo! Masz duży bagaż doświadczeń, ale doświadczenie Boga jest najpiękniejsze i najważniejsze :) i tego Tobie zazdroszczę. To taka dobra zazdrość.
Nic więcej nie dodam.
« Ostatnia zmiana: 2 06 2010 o 20:31:59 pm wysłana przez Norah »
"Boże bliski, przemień zamknięte oczy
w oczy szeroko otwarte" - JPII



Nie widzą Ciebie moje oczy, - Nie słyszą Ciebie moje uszy; - A Jesteś Światłem w mej pomroczy. - A Jesteś Śpiewem w mojej duszy. :)

Offline Claudine:)

  • Bywalec
  • **
  • Wiadomości: 41
  • “Każdy krok zostawia ślad.”
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #3 dnia: 28 05 2010 o 15:07:11 pm »
Natanael:) Twoje świadectwo przeczytałam mając świadomość, że za tą historią kryje się Boży człowiek...ale gdybym tego nie wiedziała to uznałabym ją za wspaniałą opowieść, nierealistyczną. To było bardzo budujące:) Dziękuję Bogu, że jesteś i Tobie że podzieliłeś się swoimi przezyciami:)

AdamS

  • Gość
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #4 dnia: 28 05 2010 o 20:12:50 pm »
Natanel - przepraszam, że jakoś wczesniej nie zauważyłem tego Twojego świadectwa. Teraz z wielką uwagą je przeczytałem i dziękuję Bogu za to, że objawia się w takich zdarzeniach! Coraz bardziej dociera do mnie, jak różne są nasze drogi do Niego - jedne ciche i delikatne jak stąpanie boso po zroszonej trawie, inne burzliwe jak przedzieranie się przez żywioł tornada. Piękne świadectwo.

Offline hana

  • Pasjonat
  • ****
  • Wiadomości: 164
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #5 dnia: 21 08 2010 o 22:19:48 pm »
Natanaelu!  Good job!!!

Świetne świadectwa!!!

Ależ nam zadałeś...   aż cisza zapadła na form  ;)

Nie zdążyłam jeszcze przesłuchać wszystkich, ale
szczególnie polecałabym wszystkim świadectwo ks. Marka
http://ewzwalimski.pl.tl/Nawr%F3cenie-ksi%26%23281%3Bdza-Marka.htm
Warto tego wysłuchać i przemyśleć

Pozdrawiam :D
Słowo Twoje jest pochodnią nogom moim...Ps.119,105

Offline baran katolicki

  • Zawodowiec
  • ******
  • Wiadomości: 904
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #6 dnia: 22 08 2010 o 09:16:53 am »
 :)...biedaczek z tego Księdza Marka bo cały czas ucieka przed swoją Jerozolimą...Pozdrowienia dla Księdza Marka...janusz f

Offline Natanael

  • Moderator
  • Pasjonat
  • *****
  • Wiadomości: 125
Odp: ŚWIADECTWA - Byłem gangsterem
« Odpowiedź #7 dnia: 19 10 2010 o 07:21:22 am »

=> Zapraszam do świadectw w temacie
Filmy i historie z dobrym przesłaniem pkt. 26-45
http://koinonia.slowo.pl/index.php/topic,89.0.html
_____________________________________
« Ostatnia zmiana: 24 03 2011 o 10:14:51 am wysłana przez Natanael »
Steruj tak aby trafić do Dobrego portu

Offline rebus

  • Moderator
  • Zawodowiec
  • *****
  • Wiadomości: 773
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #8 dnia: 29 09 2011 o 22:45:05 pm »

Offline rebus

  • Moderator
  • Zawodowiec
  • *****
  • Wiadomości: 773
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #9 dnia: 1 10 2011 o 00:13:06 am »
Nie wiem, jakie  wśród forumowiczów jest zainteresowanie tymi świadectwami, co podałem. Podrzucę te, na które warto zwrócić uwagę.

http://oblubienica.eu/czytelnia/swiadectwa/dmitrij-bierieziuk---czytam-dusze-jak-ksiazke

Offline baran katolicki

  • Zawodowiec
  • ******
  • Wiadomości: 904
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #10 dnia: 1 10 2011 o 13:14:35 pm »
Sebastianie ,Dymitrij mówi tak:"W Piśmie Świętym jest wiele miejsc, które mówią o tym, że choroba jest od szatana."I każdy krzyż jest od szatana,każda śmierc jest od szatana.Jezus Chrystus wszedł do piekła by pokonac szatana.I pokonał go ale nie uwolnil nas od krzyży,chorób,śmierci.Tu nie chodzi o nadzwyczajne cuda ale raczej o przemianę serca człowieka ukrzyżowanego,chorego,umierającego.Tu chodzi o oddanie chwaly Bogu w swoim krzyżu,chorobie,śmierci.Dymitr akcentuje w swoim świadectwie Jezusa cudotwórcę za którym podążały religijne ludy szukając w Nim ratunku od osobistego krzyża.Ilu było pod Jego krzyżem?Jezus Chrystus odkupił nas nie swoimi kazaniami,cudami,nie swoją popularnością ale swoją zgoda na niesprawiedliwa śmierc dla niego śmierc.                    janusz f. :)

Offline rebus

  • Moderator
  • Zawodowiec
  • *****
  • Wiadomości: 773
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #11 dnia: 1 10 2011 o 15:20:17 pm »
Jezus Chrystus wszedł do piekła by pokonac szatana.I pokonał go ale nie uwolnil nas od krzyży,chorób,śmierci.

Mówisz wbrew Słowu. Słowo mówi zupełnie co innego. Że nas uwolnił od grzechów i chorób. Jezus nas uwolnił, ale to my ciągle wybieramy szatana pozwalając przez to ponownie związać się w okowa diabelskie. I tu jest problem. Tak, tu chodzi o przemianę, ale jego świadectwo nie jest na ten temat.

Cytat: cytuj
Tu nie chodzi o nadzwyczajne cuda ale raczej o przemianę serca człowieka ukrzyżowanego,chorego,umierającego.

Dymitrij nie daje świadectwa swego w celu cudowania, dziwię się Tobie, że tak to odebrałeś. Ja jego świadectwo odebrałem zupełnie inaczej. Tak się składa, że często mam do czynienia z demonami i bardzo, ale to bardzo przydają mi się informacje z jego świadectwa o duchach nieczystych. Przemiana człowieka to zupełnie inny temat. Po raz kolejny temat, który ktoś podrzuca, próbujesz naprowadzić na swój tok myślenia,  ograniczasz. Pozwól Dymitrowi coś mówić, zamiast go poprawiać. Nie widzisz tego Januszu? Na każdym kroku poprawiasz, nawołujesz do swego myślenia itd. Powoli mam dosyć Twojej postawy Januszu.

Cytat: cytuj
Tu chodzi o oddanie chwaly Bogu w swoim krzyżu,chorobie,śmierci.

Dymitrij wspomina o tym, żebyśmy byli przyobleczeni Bożą chwałą.


Cytat: cytuj
Dymitr akcentuje w swoim świadectwie Jezusa cudotwórcę za którym podążały religijne ludy szukając w Nim ratunku od osobistego krzyża.Ilu było pod Jego krzyżem?
   

Nie zauważyłem tego. Myślę, że nieświadomie szukasz w ludziach czegoś, co Tobie nie pasuje, do Twoich poglądów/nauki i dajesz swoje riposty słowne w sensie oczywiście łagodnym. Zauważyłem jakiś czas temu, że brakuje Tobie i otwartości i charyzmy w relacji otwartej. Może nie tyle, co bez przerwy, ale bardzo często masz postawę broniącego, bądź nawołującego do bólu swojej doktryny poniekąd nie pozwalając samemu sobie głębiej zrozumieć swego rozmówcy. Twoje zamknięcie na innych sprawia ten problem.

Zauważyłem to w rozmowie ze mną, w rozmowie z Adamem i właśnie teraz w "rozmowie" z Dymitrem.

Wracając na chwilę do Dymitra, on pokazuje w świadectwie działanie Boga, jako lekarza kochającego ludzi. Bo taki jest, Słowo o tym mówi. Natomiast problem jest w ludziach. Pragną uzdrowień? Myślę, że to normalne, nikt nie chce mieć w sobie choroby. Smutne to, że po uzdrowieniu nie wszyscy chcą żyć dla Boga i chodzić przyobleczeni Jego chwałą.

Napisałeś... ilu było pod jego krzyżem? Nic ci do tego, sprawdzajmy, czy my sami tam byliśmy -  uczciwie. Ja jeszcze nie byłem i jestem na równi z tymi, co latają po uzdrowienia, a potem być może zapominają o Bogu. Nie jestem lepszy i ta świadomość sprawia, że nie chcę nikogo osądzać. Nie mam czym się chwalić, Bóg dał i Bóg zabierze. Nic na świat nie przyniosłem i z niego nic nie wyniosę. Jedyne zmartwienie, czy ten ziemski padół opuszczę z Jezusem, czy z demonem.

Offline rebus

  • Moderator
  • Zawodowiec
  • *****
  • Wiadomości: 773
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #12 dnia: 1 10 2011 o 16:06:24 pm »
Tu nie chodzi o nadzwyczajne cuda, ale raczej o przemianę serca człowieka ukrzyżowanego,chorego,umierającego.

Bóg chce nam błogosławić. Przyoblec swoją chwałą, swoją świętością, czystością, napełnić nas miłością, chce, abyśmy byli pełni radości, jego mocy, niezależnie od tego ile będziemy mieć problemów, doświadczeń.

Jezus pokonał diabła, a to znaczy, że my sami powinniśmy być żwycięzcami przyobleczeni Jezusem. Oczywiście, że nie chodzi o nadzwyczajne cuda, a o przemianę nas z trzęsących się przed diabłem w zwyciężców w Jezusie uwolnionych spod diabelskich pęt, nie będących niewolnikami ludzi, a należącymi w pełni do Boga, nie przejmującymi się opiniami i oskarżeniami innych, a w pełnej ufności wpatrzeni w Zbawiciela.

 Właśnie przed chwilą uświadomiłem sobie jedną ważną rzecz. Drugi raz na tym forum, wcześniej była to inna osoba. Wtedy też podałem informację o Bogu, jak zmienia w ludziach wiele. Dwie informacje o dziełach Bożych w ludziach, o uzdrowieniu, o błogosławieństwie.

Co uświadomiłem? Wtedy i dziś czytając oba świadectwa miałem w sercu radość, cieszyłem się i kiedy czytam, na głos często wołam...chwała Panu - w radości. A tu mam wrażenie, że weszła rutyna na forum. Zamiast dostrzeganie tego, co Bóg robi, co chce zrobić z każdym z nas, zamiast wywyższanie Pana, błogosławienie mu, dziękczynienie, to flaki z olejem. Wybaczcie to określenie, chcę to przedstawić obrazowo.

Kochani, patrzymy na innych, mówię też o sobie, żeby nie było, że jestem niby kimś lepszym. Bo nie jestem. Patrzymy na innych, chcemy, żeby ci inni byli tacy jak Jezus, błogosławili, wywyższali, żyli dla Jezusa, byli przyobleczeni Chrystusem itd.

Ale.... kiedy czytam wypowiedzi tu na forum, nie widzę postawy takiej Chrytusowej, raczej odrabiającego zadanie domowe na lekcję katechezy. Nie widzę nikogo, kto się cieszy z dzieł Pana. Widzę za to zbyt często pracujące umysły, suzkające błędów u innych, gotowych do wyprostowania, poprawienia. Gotowych do bitwy na słowa. A gdzie ta zwyczajna radość? Pierwsza miłość do Boga?

A przede wszystkim, gdzie nasza gotowość służenia Bogu całym sobą, tak, aby i poprzez nas mógł Bóg używać swoje dary na innych, tak jak u Dimitra? I te pytanie w pierwszej kolejności zadaję sobie.

Offline baran katolicki

  • Zawodowiec
  • ******
  • Wiadomości: 904
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #13 dnia: 2 10 2011 o 08:38:16 am »
Cytuj
Bóg chce nam błogosławić. Przyoblec swoją chwałą, swoją świętością, czystością, napełnić nas miłością, chce, abyśmy byli pełni radości, jego mocy, niezależnie od tego ile będziemy mieć problemów, doświadczeń.
Sebastianie w Kazaniu na Górze Jezus Chrystus zostawił źródło ośmiu błogosławieństw.    Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie.
    Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
    Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
    Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
    Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
    Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
    Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie.
    Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.
.
Cytuj
Ale.... kiedy czytam wypowiedzi tu na forum, nie widzę postawy takiej Chrytusowej, raczej odrabiającego zadanie domowe na lekcję katechezy. Nie widzę nikogo, kto się cieszy z dzieł Pana. Widzę za to zbyt często pracujące umysły, suzkające błędów u innych, gotowych do wyprostowania, poprawienia. Gotowych do bitwy na słowa. A gdzie ta zwyczajna radość? Pierwsza miłość do Boga?
Sebastianie,a może ślepy jesteś/patrzysz w złą stronę/?
Cytuj
Mówisz wbrew Słowu. Słowo mówi zupełnie co innego. Że nas uwolnił od grzechów i chorób.
To dlaczego rodzą się dzieci niepełnosprawne? Dlaczego wszyscy musimy chorowac i umierac? Dlaczego nadal grzeszymy? ;)
Cytuj
Myślę, że nieświadomie szukasz w ludziach czegoś, co Tobie nie pasuje, do Twoich poglądów/nauki i dajesz swoje riposty słowne w sensie oczywiście łagodnym. Zauważyłem jakiś czas temu, że brakuje Tobie i otwartości i charyzmy w relacji otwartej. Może nie tyle, co bez przerwy, ale bardzo często masz postawę broniącego, bądź nawołującego do bólu swojej doktryny poniekąd nie pozwalając samemu sobie głębiej zrozumieć swego rozmówcy. Twoje zamknięcie na innych sprawia ten problem.

Zauważyłem to w rozmowie ze mną, w rozmowie z Adamem i właśnie teraz w "rozmowie" z Dymitrem.
Sebastianie,wszyscy szukamy odpowiedzi na własny znak zapytania.Sam dla siebie jestem takim znakiem zapytania i dlatego szukam w ludziach odpowiedzi na swoje życie.Łatwo odkryc,że jest mi bardzo bliskie myślenie/nauczanie/ Księdza Biskupa Kiernikowskiego.Wiele mi brakuje z Chrystusa i tu masz rację bo nierzadko wstydzę się samego siebie.Sebastianie ,narodziliśmy się i żyjemy po to by umrzec dla siebie a życ dla innych i w tej śmierci spotkac Chrystusa.Nie tylko Go spotkac ale będąc podobnym do Niego byc obrazem Chwały Bożej,która zajaśniała na obliczu Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego.
Cytuj
Napisałeś... ilu było pod jego krzyżem? Nic ci do tego, sprawdzajmy, czy my sami tam byliśmy -  uczciwie. Ja jeszcze nie byłem i jestem na równi z tymi, co latają po uzdrowienia, a potem być może zapominają o Bogu. Nie jestem lepszy i ta świadomość sprawia, że nie chcę nikogo osądzać. Nie mam czym się chwalić, Bóg dał i Bóg zabierze. Nic na świat nie przyniosłem i z niego nic nie wyniosę. Jedyne zmartwienie, czy ten ziemski padół opuszczę z Jezusem, czy z demonem.
Sebastianie,ja już przestałem startowac w tych wyścigach i na prawdę wystarczy mi mądrośc płynąca z krzyża i treściwie podana w ośmiu błogosławieństwach.
Cytuj
Dymitrij wspomina o tym, żebyśmy byli przyobleczeni Bożą chwałą.
A co to znaczy dla Ciebie?

Offline rebus

  • Moderator
  • Zawodowiec
  • *****
  • Wiadomości: 773
Odp: ŚWIADECTWA
« Odpowiedź #14 dnia: 3 10 2011 o 20:34:24 pm »
Powoli mam dosyć Twojej postawy Januszu.


Te słowa kazała mi podyktować moja cielesność. Nie mam dosyć Ciebie Januszu. Jestem otwarty na relację z Tobą. Inaczej nie byłbym uczniem Jezusa.