Prości ludzie mawiali kiedyś "kto raz dziękuje, dwa razy prosi" - myślę, że te słowa dotykają samej głębi tego, czym jest modlitwa. Modlitwa powinna być najpierw dziękczynieniem i zawierzeniem - i dopiero w tym kontekście można kierować konkretne prośby. Nie chodzi o tłumienie własnych potrzeb, ale o zauważenie ich w świetle Bożego planu, którego nigdy do końca nie znamy...
Czasem spotyklam się z postawą niejako "przymuszającą" Boga do pewnych działań. Byłem świadkiem publicznych i bardzo spektakularnych modlitw o uzdrowienie zewnętrzne osób, które mimo to nie wyzdrowiały. Widac Bóg miał wobec nich inne plany. Jednak osoby te, pozostając w swej chorobie, miały jakieś poczucie winy, że powodem braku reakcji ze strony Boga jest ich grzech, że nie potrafią we właściwy sposób zawierzyć... Nie chcę nikogo oceniać, bo każdy ma własną drogę duchową i osobisty sposób kontaktu z Bogiem. Ciekaw jednak jestem Waszej opinii na ten temat.
Czy zanosząc do Boga jakiekolwiek prośby, możemy "domagać się" ich spełnienia? Czy np. modląc się o czyjeś zdrowie mamy prawo oczekiwać zewnętrznego uzdrowienia w taki sposób, jakby to był pewnik? A może każda modlitwa powinna być nastawiona wyłącznie na rzeczywistość duchową? Może to co zewnętrzne, powinniśmy zatopić w niemej ufności? Jak myślicie?...