Odnoszę wrażenie, że człowiek wchodząc w rozumowanie czysto teologiczne (w tym również zawiera się logika oparta na samej Biblii), może czasami zatracać zdolność takiej bezpośredniej ufności. Szuka jakiejś "mocy i recepty" w świętych tekstach - szuka sposobu jak się ocalić - zapominając, że tylko żywy Bóg jest naszym OCALENIEM. Biblia jest ważnym drogowskazem, ale przecież nie stanowi talizmanu - nawet w samym słowie nie ma mocy zaklinania swej łączności z Bogiem - tylko w ufności, którą wyraża właśnie modlitwa kontemplacyjna. Najprostszą tego rodzaju modlitwą dla mnie osobiście jest powtarzanie słów "Jezu ratuj", "Jezu, ufam Tobie" lub "Jezu prowadź" - w tych spontanicznych westchniueniach zawarta jest postawa zawierzenia, wobec której bledną wszelkie mądrości i teologiczne podziały.
Przed kilkoma minutami prosiłem Pana o mądrość Jego. Lecz za chwilę zdałem sobie sprawę, że to nie była modlitwa, a moja prośba do moich własnych celów. Zobaczyłem swój egoizm, takie prostactwo własne. Jakby brak szacunku dla majestatu Bożego, jakby był moim kolegą a nie Bogiem.
I w jednej chwili Adamie zrozumiałem, czym jest modlitwa kontemplacyjna. I takiej modlitwy potrzebuję. Pełnego zawierzenia się, to jakby opaść na Jezusa, zostawic swój honor, godność, pozycję, uniżyć się całkowicie, bez żadnych planów, uznać swoją słabość przed sobą samym, swoją bezradność i patrzeć na oblicze Jezusa.
Za każdym razem, kiedy odnawiam relację z Bogiem, przypomina mi się dobra prawda - moją siłą jest moja słabość. Aby objawiła się we mnie Boża moc. I z tą słabością należy zawsze przychodzić do Jezusa. Kiedy mamy w sobie swoją siłę, i przychodzimy do Jezusa... warto się nad tym zastanowić.
Diabeł tak robił, mocny, dufny, oparty o swoją siłę i gdzie go to doprowadziło? Nie możemy i na pewno nie staniemy się naczyniem dla Ducha, ani narzędziem w rękach Boga, jeśli będziemy opierać się na swojej sile, wyobrażni, na swoich planach. Bóg ma dla każdego z nas plan. Plan na całe życie. Ale jak może to wszystko zrealizować, skoro my mamy swoje plany?
W takim przypadku to nie jest prowadzenie przez Ducha Św., przeciwnie. To jest zrobienie sobie z Boga pieska na posyłki i spełnianie naszych zachcianek. Wiecie, ta prawda mnie boli, nie sądziłem, że tak jest, ale niestety tak jest. Mało przychodziłem w modlitwie taki goły i bezbronny do Pana. Ten okres był na początku mojej drogi, kiedy miałem pierwszą, prawdziwą i naturalną miłość do Jezusa. Zanim wkradła się rutyna.
Na początku mojej drogi naturalnie przychodziłem do Pana, Były prośby i opadanie na Niego. A teraz? Im więcej wiedzy, im więcej poznania, tym mniej pokory i posłuszeństwa. Nie chcę powiedzieć przez to, że tak było cały czas, ale właśnie zaczynam zdawać sobie sprawę, czemu w naszych kościołach jest tak mało prorokowania, uzdrawiania, wypędzania demonów itd.
Czasem spotkam się z kimś z daleka, ze stron gdzie słabo rozwinięta jest cywilizacja, albo poczytam o takich osobach, to te osoby ubogo materialnie zazwyczaj są naczyniami dla Ducha Św. i Bóg je używa pełną mocą. Brak materializmu, brak wizji kariery, własnych planów sprawia, że mają ułatwione zadanie, czyli zjednoczenie się w duchu z Bogiem. Są ubodzy duchem i to jest klucz do pełnej relacji, do pełnej kontemplacji z Bogiem.
Paul Washer, kiedy był w Andach, w Peru, tam miał tylko wodę, jedzenie, Słowo, namiot i kazania dla ludzi. Mówił, że nic nie miał materialnego, i mógł w pełni oddać się relacji z Jezusem. Dla Paula to był najwspanialszy okres w jego życiu i nei chciał wczle tego zmieniać. Ale Pan miał swoje plany odnośnie jego zycia. Jak Pan kazał mu wracać do USA, aby tam misję wykonać, czuł wielkie obrzydzenie do świata pełnego przepysznego bogactwa światła, dzwięków, kolorów. Wiedział, że o wiele trudniej mu będzie mieć relację z Jezusem. Myślę, że jednak jej nie utracił. U Boga nie ma przypadków, wszystko jest perfekcyjnie zaplanowane, jeśli Mu pozwolimy na to.
Myślę, że Paul spędził sporą część swego życia na odludziu, aby Pan mógł go oszlifować jako naczynie dla Ducha Św. Na tyle, żeby po powrocie do USA nie popaść w rytm tamtejszego świata. I nie popada, jest bardzo solidnie ugruntowany w Jezusie. Był na odludziu, ale nie sam dla siebie, Słowo głosił tamtejszym ludom. Pełna praktyka.
Wiesz Adamie, bardzo się cieszę, że ten temat poruszyłeś. Modlitwa kontemplacyjna. Tego mi brakuje, ciekawe jest to, że jeszcze wczoraj nie rozumiałem tego określenia. I poprzez w sumie niewłaściwą modlitwę do Boga otworzyły mi się oczy i zrozumiałem prawdziwe znaczenie tego typu modlitwy. To proste otworzenie się na Boga całym sobą, zostawiając wszystko, co było w nas.
Tak jak przyszliśmy na świat goli, tak samo goli idziemy do Boga w tej modlitwie. Dopiero jako goli możemy zostać ubrani w święte, białe szaty, przyodziani Jego Chwałą. I tym jest prawdziwe sedno modlitwy kontemplacyjnej. I masz ode mnie odpowiedź Adamie na Twoje pytanie.Tak jak świat nas ubrał, nigdy nie będziemy przyobleczeni szatą niebiańską, to nierealne. Świat zawsze będzie podążał swoją drogą ze swoją "skórą". Żeby się przyoblec Bożą chwałą, trzeba zrzucić "skórę świata", aby Bóg mógł ubrać nas zgodnie z modą panującą w Królestwie Niebiańskim.

Dzięki Adamie, bardzo dużo dziś się nauczyłem. Dla mnie to ogromny krok do przodu, bo jednocześnie miałem pytania w sercu do Boga, jak stać się autentycznym naczyniem dla Ducha Św. I Pan mi odpowiedział od razu na dwie kwestie.
Chwała Bogu!