Sebastianie,gdybyś zobaczył swój grzech z całą jego ohydą/śmierc/ to na pewno zaczął byś poszukiwania ratunku dla siebie.
Pisałem Januszu, że Duch mi pokazał moje śmiecie. I nie w małej ilości, a w ogromnej. Do tego stopnia, że mi sie dosłownie zrobiło niedobrze. Tak niedobrze, że w jednej chwili chciałem zostawić siebie, poczułem do siebie wielkie obrzydzenie. I powiedziałem w tamtej chwili Bogu, że nie chcę siebie w sobie i pragnę wrócić do Pana na dobre. Po kilku dniach wróciłem... ale do komputera i do gierki.
Cały problem człowieka a jednocześnie perfidia szatana polega na zaciemnianiu prawdy o grzechu.Zatraciliśmy świadomośc/poczucie/ własnych grzechów i dlatego nie szukamy Chrystusa.
Pisałem, że Pan widząc moją upartość pokazał mi, że ja poświęcając więcej czasu rzeczom, a nie Bogu w rzeczywistości poświęcam czas bożkom (rzeczy martwe, bezwartościowe). I to mnie odciągało od Boga. Pokazał mi więc, co w życiu, na tym świecie jest wartosciowe. Nic, oprócz miłości, która płynie z Jezusa, życie w Nim. I wtedy do mnie zaczęło docierać głębiej. Aż dotarło. Januszu, każdy z nas ma swoją drogę, do każdego Pan musi dotrzeć inaczej. Sama świadomość grzechów nie zawsze jest zbawienna. W moim przypadku tak nie było. Rzeczy tego świata mnie wiązały.
Prawdą jest, że nie mamy pełnej świadomości, nie widzimy w prawdzie swoje grzechy.Wyobraź sobie,że rozpoznano w Twoim ciele raka i powiedziano Ci gdzie jest lekarstwo,czy wówczas będąc o zdrowych zmysłach nie uchwycisz się jedynej deski ratunku.
Ty Januszu uważasz, że jakby u mnie zdiagnozowali raka, to pewnie bym poleciał do doktorków. Tego nie wiem i prawdopodobnie tego sam nie wiesz. Nie miałeś chyba raka? Więc opierasz się na teorii. Oglądałem kiedyś film na faktach. Dziewczyna młoda miała raka. Nie poszła do lekarzy na leczenie. Nie chciała chemioterapii. Wolała żyć i cieszyć się życiem.
To była jej tajemnica. Poszła dopiero wtedy, kiedy już drastycznie w niej spadły siły życiowe. Nie chciała umrzeć na ulicy, więc wróciła do rodziny, oni ją zawieźli do szpitala. Motyw powrotu był w rzeczywistości inny. W sercu cały czas miała nierozwiązane sprawy z rodziną, chodziło o przebaczenie, o zgodę.
Jak widzisz, nie jest to pewne, że jak się słyszy słowo rak, to już jak wyrok. Znam siebie na tyle, ze mógłbym tym się nie przejąć. Swoją drogą może bym się ucieszył. Widzisz, chciałbym być już u Pana, tu na ziemi nic mnie nie trzyma. Chciałbym juz być tam. Ale wiem, że muszę coś tu zrobić, Pan chce coś zrobić moimi rękoma. Niestety muszę dalej tu żyć, na tym ziemskim padole.
Dlatego nie powinniśmy czegokolwiek zakładać, to raz. Dwa to Bóg wie lepiej, co się dzieje w naszych sercach. Byłem uparty pomimo, że zobaczyłem swoje grzechy, więc dotarł do mnie z tym, co opisywałem w poprzednich postach. I .... dotarł do mnie. Zaczynam się naprawdę Bogu poddawać. Zostawiam starego człowieka i chcę wejść, tak prawdziwie na drogę z Jezusem. To się we mnie już dokonuje. Proces przemiany został przyśpieszony.
Prawdą jest,że Jezus Chrystus posłany jest dla zbawienia świata.Od czego? Od grzechów. Jak On to robi? Bierze je na Siebie i w Sobie utylizuje je. To nie jest tak, że Chrystus potrzebuje czystego, niewinnego serca, bez grzesznego serca.
Nie zrozumiałeś mnie. Nikt z nas nie ma czystego serca. Urodziliśmy się z sercami użądlonymi przez żądło diabła, żądło śmierci/grzechu. Ten proces uśmiercania jest nieodwracalny, prowadzi do agonii, jego jad. Obecnie na szczęście szatan został rozbrojony przez śmierć Jezusa na Golgocie, z tego żądła (efezjan 5 rozdział- władze naziemskie rozbrojone).
To była cena za nasze wykupienie. I to się już dokonało, raz. To my musimy poprzez wiarę przychodzić do Jezusa, do Jego ofiary przelanej za nas. Chodzi o to, że to wszystko już się DOKONAŁO dawno temu, 2000 lat na krzyżu na Golgocie. Nasza wiara musi do tego dojrzeć poprzez zostawienie starego serca i przemienienie się na obraz Jego, czyli nowego człowieka narodzonego z dobra, gdzie nie ma grzechu, czyli w Jezusie zmartwychwstałym. Jezus RAZ wziął grzechy nasze, zaniósł je na krzyż i zgładził je na krzyżu oddając na nim życie swoje za nas. On nie bierze ich po raz enty. To się już DOKONAŁO. RAZ. Wrócił do domu i powiedział Ojcu, że się dokonało.
W procesie przemiany, naszej przemiany, jak dojdziemy do momentu, gdzie staniemy się ubodzy duchem, wtedy wiara nasza na tyle dojrzeje (na 100 % do świadomości, że rzeczywiście zostaliśmy uwolnieni przez śmierć Jezusa) wtedy w nas dokona się to, co dokonało się 2000 lat temu.
Diabeł nad nami nie panuje, ale nie mamy w sobie wiary doskonałej jeszcze, więc zachowujemy się tak, jakby nic się nie zmieniło. Żyjemy tak, jakby Golgoty nie było. Tylko poprzez modlitwę do Boga, poprzez ufność i uczenie się polegania na Nim, poprzez praktykę i przestrzeganie Jego przykazań możliwe będzie dokonanie się w naszym życiu tego, co się dawno dokonało na Golgocie. Uwolnienie naszych dusz.