Człowiek zrozumie/uświadomi sobie, kiedy Jezus zmienia jego serce. Nie ma innej drogi. Dlatego należy mieć żywą relację z Jezusem non stop. Na Niego mamy patrzeć, nie na ludzi. W rozmowie z ludzmi czuwamy, czy nasze słowa, wypowiedzi są zgodne ze Słowem, pilnujemy serca, aby czasem niewłaściwe pragnienia nie oddaliły nas od Niego i w razie takiego pragnienia, np. poderwania żony cudzej szukamy szybko w umyśle odpowiedniego wersetu i kierujemy serce do rozumu, aby je uporządkować.
1. Badanie siebie, czy postępujemy zgodnie ze Słowem (myślimy, mówimy, działamy).
2. Poleganie na Jezusie, że to On rozwiąże nasz problem, a my będziemy postępować zgodnie z sumieniem Bożym w nas (w Duchu Św.)
3. Ogólnie trwanie w Jezusie, trzymanie się Słowa, kierowanie serca do umysłu odnowionego w Słowie (w Bożej mądrości - tym jest nie poleganie na własnym rozumie).
I to jest według mnie - patrzenie na Jezusa. No i osobista relacja z Bogiem. Ten kto postępuje tak, jak chciałby Ojciec, nie będzie potrzebował uświadomienia sobie odpowiedzi do tych pytań.
Jeśli mamy sobie coś uświadomić, to tylko to, czy chodzimy jak należy z Jezusem na co dzień. Ten, kto trzyma się na co dzień Słowa i żyje w Nim, jego serce na bank się zmienia. I będzie prawdziwie należał do Chrystusa.
To co teraz poruszacie, to ja rozumiem jako własne starania zrozumienia drugiego człowieka, uświadomienia sobie istoty problemu własnymi siłami. Pytanie, czy jesteśmy w stanie to zrobić, jeśli nasze serca nie są wystarczająco zmienione? Jesli nie są, tracimy tylko czas, aby rozumieć kogoś, aby zaakceptować kogoś. To martwe uczynki. Tylko Jezus przyprowadzi nas do drugiego człowieka i pomoże nam go zrozumieć, zaakceptować, POKOCHAĆ. Nikt inny.
Swego zdania nie zmienię, patrzymy na Jezusa, nie na ludzi.
Skoro to jest takie oczywiste, to czemu mamy taki bajzel?
