Kiedyś na stronie internetowej przedstawiłem swoje zdanie na temat ojcostwa - w kontekście biologicznym i duchowym. Spotkałem się wówczas z prawdziwą burzą internautów - oto te słowa, które ją wywołały:
Zaskakuje mnie determinacja, z jaką niektórzy ludzie potrafią dociekać prawdy o biologicznym ojcostwie. Często prowadzi to w konsekwencji do odrzucenia dziecka (przynajmniej w wymiarze duchowym), albo też do dramatycznej walki o uzyskanie "prawa" do własnego biologicznego dziecka wychowywanego dotąd w innej rodzinie - a wszystko dlatego, że nosi ono w sobie inną lub podobną nitkę DNA.
Geny zostają tu wyniesione ponad wszelkie inne wartości - stają na ołtarzu sensu życia i śmierci. Rzecz godna podziwu w świecie zwierząt, lecz u człowieka staje się to rodzajem bałwochwalstwa. Dziecko poczyna się bowiem nie z łączenia komórek i nitek jakiegoś kwasu, lecz z duchowego oddania, a rodzi się przez każdy akt rodzinnej wspólnoty życia.
Ktoś mi kiedyś zadał pytanie, co byłoby wówczas, gdyby to moje dziecko zostało podmienione przy porodzie? Zastanowiłem się tu głębiej - nie nad dylematem ojcostwa, lecz nad tym, że u kogoś może się rodzić wątpliwość... Oczywiście rzeczą naturalną jest to, że w takim przypadku ktoś zainteresuje się obecną sytuacją biologicznego potomka, ale nie ma prawa do walki o jego odebranie rodzinie, która go dotąd wychowywała. Z kolei dziecko, które z jakichś względów okazałoby się biologicznie "obce" i przez lata było wychowywane w tej rodzinie, ma pełne prawa do dalszego jej traktowania jako WŁASNĄ.
Jeśli Bóg (lub - jak kto woli - los) sprawił, że trafiło do mnie dziecko z innymi genami, to dlaczego miałbym je odrzucić? A jeśli z tego samego powodu moje biologiczne dziecko trafiło do innej rodziny jeszcze przed jego duchowymi narodzinami (w świetle tego, co powyżej napisałem) to dlaczegóż miałbym je komuś odbierać? ...depcząc to, co w tamtej rodzinie przez lata zdołało się w miłości ukształtować?