Witaj!
Temat ten interesuje mnie ze względów praktycznych :-) Chętnie zatem odniosę się do Twoich spostrzeżeń.
1.
Ustalenie, że dziecko nie może być poddawane przemocy jest zasadą oczywistą(...)
To wcale nie jest dla większości społeczeństwa oczywiste. W Polsce dominuje, niestety, przekonanie, że bez stosowania przemocy można co najwyżej wychować tzw. bezstresowego potwora, który za nic ma rodziców i nie posiada żadnego kręgosłupa moralnego. Kręgosłup ten, powiadają, najlepiej ćwiczy się paskiem. W rezultacie zamiast nie znających żadnych świętości bezstresowych potworów społeczeństwo wychowuje całe rzesze zestresowanych furiatów, gotowych dla odmiany krew przelewać za każdą świętość: od szalika ukochanej drużyny piłkarskiej przez dzielnicę po parę złotych wreszcie (w ten sposób okazując zapewne szacunek dla pieniądza). Jak to było: przemoc rodzi przemoc? Jakoś nie możemy się do tej mądrości przekonać.
2.
Klaps czasem jest jedynym środkiem na opamiętanie dziecka (...)
Mój syn ma prawie 4,5 roku i jeszcze nigdy nie dostał lania. Nie piszę tego, żeby się chwalić, tylko jako polemikę z mitem, że czasem klaps okazuje się jedynym i ostatecznym wyjściem z kryzysowej sytuacji. Sposobów na opanowanie sytuacji jest znacznie więcej. Oczywiście rodzice stosują wobec dziecka szeroko pojętą przemoc. A dziecko stosuje szeroko pojętą przemoc wobec rodziców. Przemoc jest jednym z najważniejszych (obok popędu seksualnego) motoru naszych działań. Sęk w tym jednak, by tę przemoc odpowiednio skanalizować. Wyzbywanie się odczuwania wszelkiej agresji jest sztuczne, nienaturalne i prowadzi do psychicznego samookaleczenia. To trudne, ale warto spróbować powalczyć z pokusą karania klapsem. Po to chociażby, by nie wpajać dziecku fałszywego przeświadczenia, że za popełniony zły uczynek należy się kara fizyczna. Dzieci bowiem uczą się głównie przez naśladownictwo. Mogą zatem poczuć się uprawnione do tego, żeby zdzielić kolegę, który w ich mniemaniu robi coś złego. Czym innym jest stosowanie przemocy w obronie własnej, a czym innym jest samosąd. Dla dzieci jednak te różnice bywają często niedostrzegalne. Kiedy mieszkałem jeszcze w akademiku, byłem świadkiem przedziwnej sceny: mój syn znowu dostał fangę w nos od mieszkające obok dziewczynki. Nagle na korytarzu stanęła jej matka, złapała ją, wymierzyła klapsa i krzyknęła: "Przecież ci mówiłam, że nie wolno bić!". Po czym uderzyła ją jeszcze raz. Reakcją jej córki był nerwowy śmiech, co wcale mnie nie dziwi, bo sam niewiele zrozumiałem z rodzicielskiego przekazu.
3.
Dobrze więc się stało, że dziecko zostało otoczone prawami chroniącymi jego godność, ale źle się dzieje, jeśli w praktycznym zastosowaniu tych zapisów nie kieruje nami kryterium zdrowego rozsądku, tylko sztywna litera prawa.
Byłbym bardzo wdzięczny za wskazanie przykładów tego typu naruszeń. Obawiam się bowiem, że jest to pewnego rodzaju demonizowanie. Obiły mi się ostatnio o uszy echa walki z wiatrakami pod postacią ustawy zabraniającej stosowania przemocy, bodajże. To wymyślony problem, rzecz w całym zamieszaniu dotyczyła zakresu uprawnień pracowników socjalnych (kuratorów?). Wystarczyło jednak, aby podnieść larum w obronie tradycyjnych metod wychowawczych. Patrząc na nasze społeczeństwo, mam jednak nieodparte wrażenie, że metody te należałoby zweryfikować. Najsmutniejsze w tej awanturze jest to, że nie brak przykładów tragedii spowodowanych tym, że otoczenie (sąsiedzi, lokalna społeczność, parafie, państwo) zbyt mało zainteresowania poświęcają małemu obywatelowi. To jest dla mnie bardzo silny argument.
Jeżeli chodzi o Twoje główne pytanie, nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Najlepiej byłoby zapewne, żeby zdrowy rozsądek towarzyszył ustawodawcom, co, jak wiemy, nie zawsze ma miejsce. Równie istotne jednak jak odgórnie spisywane kodeksy jest współuczestniczenie w życiu społeczności na poziomie lokalnym, od najbliższych sąsiadów przez wsie, gminy, miasta itp. Często spotykamy na swojej drodze również przypadkowe osoby, np. w pociągu, autobusie, samolocie, na urlopie. Będąc z innymi mamy niepowtarzalną okazję do wysłuchania czyjegoś problemu i zainteresowania się nim. Bądźmy zatem otwarci na innego człowieka, a wtedy nie zaszkodzą nam nawet najbardziej idiotyczne przepisy pisane na kolanie.
Pozdrawiam!
Krzysiek