Przepraszam ale nie umiem znaleźć linka do tego artykułu.Dostałem go na emila .Autorem jest katolicki egzorcysta pracujący na co dzień w Bombaju.
O.Rufus Pereira:
Św.Ireneusz, mistyk z II wieku powiedzial:
„Chwałą Boga jest człowiek w pełni żywy, życiem zaś człowieka jest oglądanie Boga”.
Co to znaczy być „w pełni żywym”?
Opowiada o tym pewna legenda o Buddzie.Pewnego razu, gdy Budda dawał nauki, objawił mu się anioł śmierci i rzekł:„Powiedz, jak długo chciałbyś żyć. Wybierz długowieczność”. Budda mu odpowiedział, że chciałby żyć 80 lat. Gdy anioł zniknął, uczniowie Buddy nie kryli wzburzenia: „Mistrzu, dlaczego poprosiłeś tylko o 80 lat? Ktoś taki jak Ty powinien żyć milion lat!”. Budda odparł: „I cóż by z tego przyszło? Ludzie doszliby do wniosku, że trwanie jest ważniejsze niż życie”. Kardynał John Henry Newman ujął to jeszcze dosadniej: „Nie bójcie się śmierci. Obawiajcie się raczej tego, że gdy przyjdzie czas odchodzić, uświadomicie sobie, że właściwie nigdy naprawdę nie żyliście”. Co jednak sprawia, że naprawdę w pełni żyjemy?
Kim jest „człowiek w pełni żywy”? John Main mówił, że przeintelektualizowanie często powoduje, że jesteśmy tylko na wpół żywi, albo też – co jest dużo dla nas trudniejsze – na wpół martwi. Prawdziwy chrześcijanin nie powinien żyć w ten sposób. Musimy być napełnieni energią Bożej miłości przekazywaną nam przez Jezusa. Powinniśmy także nauczyć się optymalnego wykorzystywania tego, co otrzymaliśmy. Skoro sam Albert Einstein przyznał, że był w stanie wykorzystać jedynie 15% swego potencjału, to co my mamy powiedzieć? Musimy naprawdę zoptymalizować aktywność naszych ciał, umysłów i dusz. Jednak żeby to uczynić, potrzebujemy pomocy Pana.
Jezus dał nam źródło energii, a także wspaniały sposób na jej odnawianie – Eucharystię. Wiele sakramentów jest udzielanych poprzez Mszę świętą.
Medytacja nie jest techniką – John Main nie lubił, gdy słowo „technika” pojawiało się w tym kontekście. Mówił raczej o procesie oczyszczania poprzez codzienne umieranie i zmartwychwstawanie. Gdy doświadczamy tego w medytacji, dzieją się wspaniałe rzeczy. Możemy wówczas zostać dotknięci przez Boga. Gdy On nas dotyka zmienia się cała nasza energia. Energii, jak wiemy z fizyki, nie da się zniszczyć. Jeżeli natomiast poddamy się energii skierowanej na zaspokojenie własnych potrzeb, to zniszczymy sami siebie. Poddanie się jej prowadzi do ruiny. Jeżeli natomiast uda nam się skierować tę energię w odpowiednią stronę – jeżeli odwrócimy jej bieg i skierujemy ją w górę, wtedy będziemy żyć. Paradoksalnie, aby skierować tę energię do góry, trzeba umrzeć w samym sobie. Podobnie jak ziarno pszenicy – spada do ziemi, umiera, ale potem przynosi plon i zapoczątkowuje nowe życie. Tak samo będzie z nami. W rezultacie naszego umierania będziemy cieszyć się życiem. I to jakim życiem! Będziemy przecież pełni Boskiej energii.
Matka Teresa zawsze była pełna energii, niezależnie od pory dnia czy nocy. A przecież jej kruchy wygląd zewnętrzny sugerował raczej, że powinna być słaba fizycznie. Energia nie zależy ani wyłącznie od ciała, ani wyłącznie od umysłu – zależy od stopnia zespolenia całej naszej istoty.
Gdy jesteśmy dotknięci przez Boga, wówczas nic nas nie ogranicza. Stajemy się źródłem dawania. Im więcej dajemy, tym więcej otrzymujemy: albowiem dając – otrzymujemy, wybaczając – zyskujemy przebaczenie. Wybaczenie to też rodzaj dawania, z którym większość z nas ma problemy. Jeżeli będziemy tak postępować, to zauważymy, że Bóg przejmuje niejako nasze życie. Jeżeli nawet jesteśmy czymś ograniczeni, a wręcz dlatego, że mamy ograniczenia – Jego potęga będzie przez nie promieniować. Energia przychodzi paradoksalnie jedynie na drodze ubóstwa. Medytacja to droga ubóstwa. Teraz widać jej mądrość: nie trzeba mówić wielu słów, wystarczy wierność. Maranatha. Powtarzając wasze słowo w nicości, w swojej nagości, stoicie przed Bogiem. On was widzi.