Po 20 latach ponownie sięgnąłem po "Zmartwychwstanie" Lwa Tołstoja. Okazuje się, że z późniejszej perspektywy wieku zwraca się uwagę na zupełnie inne treści. Wtedy trafiała do mnie głównie sama fabuła książki (oparta na autentycznych wydarzeniach), teraz znacznie intensywniej odebrałem zawarty w niej ładunek refleksyjny.
Książę Niechludow prowadzi dość puste życie towarzyskie. Dawno zapomniał o swych młodzieńczych ideałach. Stał się na wskroś życiowym oportunistą. Piastując godność ławnika w sądzie, bierze udział w rozprawie przeciwko jednej prostytutce, która, jak się szybko zorientował, była dziewczyną, którą za młodu uwiódł i porzucił. Zapada dla niej wyrok ciężkiej katorgi. Ale to dopiero początek niezwykle zajmującej opowieści, której oczywiście nie zamierzam tu streszczać.
Powtórne czytanie książki zwróciło moją uwagę na oryginalne poglądy samego Autora, który w narracyjnych rozmyślaniach przemyca swoje spojrzenie na absurdy społecznego życia (można wśród nich znaleźć wiele analogii do dzisiejszego porządku). Tołstoj wskazuje bezmyślną i bezduszną biurokrację jako jedno z głównych źródeł szatańskiej machiny zła na ziemi. Dostrzega obłudę władzy, cerkwi i arystokracji. Nie głosi jednak poglądów rewolucyjnych, lecz nawołuje do przewrotu skierowanego do wewnątrz. Można powiedzieć, że Pisarz w swoisty sposób głosi Ewangelię, dopatrując się prawdziwej wartości w tych, co się na nowo zdołali narodzić.