Na wstępie chcę zaznaczyć, że moją słabą stroną jest pamięć - dlatego nie posiłkując się notesem, muszę ograniczyć się do tych przykładów, które głębiej zapadły w moją świadomość. Czy ilustrowanie zła na wzór Markiza de Sade jest faktycznie tylko "katalogowaniem aberracji"? Pytanie zostawiam w zawieszeniu, bo przyznam, że tej pozycji nie czytałem, więc trudno jest coś oceniać na podstawie czyjegoś oburzenia. Niemniej zetknąłem się z innymi książkami, które patologie przedstawiały z taką pasją, jakby opisana dewiacyjność sprawiała przyjemność samemu autorowi.
Wspomniałeś, Arturze, że satanistycznych wątków na siłę można się doszukać nawet u Mickiewicza czy Krasińskiego. Faktycznie, spirytyzm i demoniczność pojawia się u romantyków dość często. Zastosowałbym jednak pewien klucz do rozróżnienia diaboliczności ludowej i psychologicznej od tej „programowej” - satanistycznej. Weźmy np. najbardziej znaną książkę Krasińskiego „Nie-Boską komedię”, która pierwotnie nosiła znacznie bardziej adekwatny według mnie tytuł – „Mąż i żona”. Ostatecznie Autor poszedł w stronę zilustrowania panoramy dziejów, choć pierwotnie miała to być panorama ludzkiego ducha. Tam właśnie następuje owo ZWIEDZENIE (diabelską iluzją piękna i pożądania), które uruchamia w bohaterze cały łańcuch zła. Jednak odpowiedzią na to zło jest opamiętanie i podjęta z nim walka, prowadząca do postawy ekspiacyjnej…
Czasem też mamy do czynienia ze zwykłą fascynacją złem, jako siłą wszechwładną i wszechobecną. Taki obraz zła znajdowałem w książkach Hansa Kirsta, gdzie okropieństwa wojny przedstawiane były jako „prawdziwy” obraz o człowieku. W takim traktowaniu zła brakuje mi ukazania przeciwwagi dobra, co pozwoliłoby wyłonić całą prawdę. Właśnie to znajduję u innego pisarza niemieckiego (jednego z moich ulubionych) - Ericha Marii Remarqua, który również zajmował się podobną tematyką, a jednak w zderzeniu z okropieństwami wojny odnajdujemy tu człowieka, który jest jakby na zewnątrz tego zła, nie mogąc go sobie przyswoić. Co prawda bohater Remarque'a zwykle nie podejmuje heroicznej walki ze złem, ale też je w głębi samego siebie odrzuca. To szkicowe zestawienie dwóch pisarzy może choć trochę ilustruje, o co mi chodzi.
Na koniec jeszcze inni mistrzowie penetracji ciemnych stron człowieka, którzy potrafili jednak wydobyć z głębi duszy pierwiastek dobra, a czasem wręcz docierali do niewyczerpalnych jego pokładów – wymienię tylko tych, których książki „połykałem” ze szczególnym upodobaniem: Fiodor Dostojewski, Lew Tołstoj, Wiktor Hugo, Szalom Asz, Izaak Singer (ten noblista, ale też mało znany jego brat - Isaak Bashevis), Zofia Kossak, Władysław Grabski, Jan Dobraczyński. Tematykę zła w świetle jego wewnętrznego przezwyciężania podjęli również liczni i bliscy mi autorzy literatury obozowej: John Sack, Mirosław Wigierski, Edward Toczek, no i oczywiście słynny Aleksander Sołżenicyn… Gdyby ktoś chciał w szczegółach podyskutować o twórczości któregoś z powyższych pisarzy, to z wielką przyjemnością rozwinę temat.
Wszędzie tu obserwujemy mocne zderzenie ze złem w charakterze doświadczenia egzystencjalnego, ale dzięki temu złu rodzi się jeszcze większe dobro. Nie zawsze ono triumfuje, nie zawsze potrafi zewnętrznie przemóc skutki zła, ale zawsze jest jakąś istotną odpowiedzią, której brakuje mi w powieściach przedstawiających wszelkie demoniczne i dewiacyjne zachowania jako naturę człowieka. Tu właśnie tkwi klucz do twórczości, której charakter określiłbym nieprawdziwą, czy wręcz deformującą. Oczywiście nie w każdym takim przypadku można mówić o jakimś programowym nurcie satanistycznym, jednak ten zakrada się czasem do literatury bez głośnego anonsu, za biblijnym wężem powtarzając : "Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?" lub: "Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło" (Rdz. 3,1-5).