Szukając Boga, pod tym tytułem będę pisał.
Z mojej praktyki, z poznania.
Od paru dni kilka razy zderzyłem się z sytuacjami, które mi wykazały moją bezsilność. Zobaczyłem swoją słabość, jaki jestem kruchy i dotarło do mnie, jak w rzeczywistości powinno wyglądać w praktyce poleganie/ zawierzenie się Jezusowi.
Ostatnio w rozmowie z pewną znajomą powiedziałem jej, że planuję takie, a takie godziny snu i wstawania. Odpowiedziała mi, żebym nie obiecywał sobie tego, czego nie będę potrafił zrealizować.
W tym momencie zrozumiałem, że nadal sam próbuję kierować życiem. Powoli kawałek po kawałku zaczęły docierać do mnie obrazy/fakty z różnych dni, gdzie cały czas próbowałem planować, kierować sobą, swoim życiem. Ujrzałem spory obraz swego postępowania, swojej postawy. I nagle zrozumiałem prawdziwy sens niektórych wersetów mówiących o tym, abyśmy nie troszczyli się o jutro, abyśmy nie troszczyli się o nic, bo Bóg nad wszystkim czuwa.
On mówi całkiem serio, na poważnie. Niby rozumiałem te wersety umysłem, w teorii. Jednak, gdy zobaczyłem, że to ja się staram ciągle, a Jezus jest z boku, dotarła do mnie ta część Prawdy, do serca.
I w tym momencie znalazłem się w zupełnie innym miejscu już. Przestaję polegać na sobie, Sebastian umiera, odchodzi stopniowo. Oczywiście dalej się uczę polegać na Jezusie, lecz narodziło się we mnie coś nowego. Coś, co sprawia, że wiele spraw jest czymś małym, nieistotnym. Widzę, jakimi jesteśmy kruchymi istotami, pomiatanymi przec ciemność w różnej postaci dnia codziennego.
Bóg chce pokazać nam naszą prawdziwą, rzeczywistą sytuację. Ludzie popełniają wiele głupstw, lecz jedno jest największe i one tylko będzie miało znaczenie pod koniec podsumowania naszego życia.
A tym jedynym prawdziwym głupstwem jest niesłuchanie Bożego głosu. Odrzucenie go i słuchanie siebie.
Dopóki człowiek nie pozna swojej niemocy, słabości, nie doceni w pełni tego, co zrobił dla niego Ojciec poświęcając swojego Syna.
Mam spory obraz siebie, swoich słabości. Ile to już razy planowałem, ile to już razy próbowałem być zdyscyplinowany, ile to juz razy tego i tego. Sami to dobrze znacie z praktyki, z życia.
Nie ma sensu próbować, nie ma sensu rozumieć. Bo nie o to chodzi. Chodzi o jedno, o zobaczenie siebie takim, jakim się jest, o poznanie swojej sytuacji. A kiedy się to zobaczy, serce cielesne pęknie i się podda naturalnie. Narodzi się potrzeba i pragnienie Bożej obecności w życiu. Przychodzi Jezus, aby prowadzić tego, co właśnie przejrzał na oczy.
Wiecie, ja właśnie przejrzałem, od razu zmieniła się modlitwa i jej moc. Inna świadomość, inne wartości w życiu, wszystko się zmienia. Stopniowo przychodzę przed Boży tron.
Pan chce nas przygotować do tego miejsca, abyśmy mogli przyjść gotowi. Stanąć przed Nim i powiedzieć jedno zdanie....
...oto jestem Panie, poślij mnie!
Nie ma sensu rozumieć, nie ma sensu się starać. Jakże nagle niektóre wersety stają się w tym momecnie zrozumiałe. Choćby ten, gdzie Bóg mówi, że Jego drogi i myśli nie są naszymi drogami i myślami.
Bogu trzeba zaufać, zawierzyć się i szukać wytrwale w trudach. A On poprowadzi. Ta droga jest piękna, pomimo trudności jest niezwykła.
Pisałem z pierwszej myśli.