Chciałabym odnieść się do wypowiedzi, którą wyraziła Asha, co do mojej modlitwy (tak na marginesie mam swoje imię). Pisząc o "wysiłku" chodziło mi o te chwile i momenty w moim życiu, gdy może wcale nie jestem w nastroju do modlitwy (chodzi mi tu o wytrwałość i wierność), a jednak staję przed Panem, modlę się Słowem, nie odpuszczam sobie tego spotkania. To nie jest jednak jedyne spotkanie z Panem Bogiem w ciągu dnia, więc spotykam się z Nim na różnych płaszczyznach.
Dzięki Paula za Twoją wypowiedź, ja także uważam, że każdy modli się tak, jak na dziś umie i potrafi.
Asha - w pełni podzielam Twoje zdanie. Modlitwa jest zanurzeniem w Bogu, a jeśli On jest Miłością, to nie można tego traktować jak sztywną musztrę czy jakieś ćwiczenia. Oczywiście niekiedy przychodzi czas, kiedy człowiek jakby stronił od modlitwy przez swoje lenistwo lub świadomość grzechu. Ale tu już działa mechanizm ucieczki od samego siebie.
Nie wiem Adamie, czy przez tę Twoją wypowiedź mam rozumieć, że moja modlitwa jest sztywną musztrą i ćwiczeniami??? Czy to negowanie, że w tej formie modlitwy nie spotykam się z Bogiem, który jest Miłością, bo nie chciałabym źle czegoś zrozumieć? (wiem, ze słowa często nas ograniczają).
Modlę się w ten sposób ponad 10 lat i nie było takiego dnia, w którym, bym czuła, że Bóg jest sadystą, że coś muszę, że coś jestem Mu winna itp.itd. Właśnie w tej modlitwie spotykam Go, jako Boga, który przychodzi do mnie z miłością, który podnosi, pociesza, upomina. Dzięki tej modlitwie "rosnę duchowo", jeśli mogę tak to ująć określając mój wzrost w wierze.
To tyle.