Wybaczcie, że napiszę trzeci post pod rząd. Przynajmniej nie będzie bałaganu.
Jak juz jesteśmy przy dziale - nowonarodzenie, dopiszę coś o pokorze i o miłości.
Na samym początku w momencie nowonarodzenia dopiero uczymy się stawiać pierwsze kroki. Chcemy kochać ludzi, chcemy być pokorni. CHCEMY. Te słowo ma istotne znaczenie. Ono sprawia, że zaczynamy się starać kochać ludzi i być pokornymi w postawie. Oczywiscie nam nic nie wychodzi, gdyż pomimo nowonarodzenia nadal jesteśmy tak naprawdę starym człowiekiem. Żeby się narodzić prawdziwie, potrzeba czasu i cierpliwości. To jest proces. Przemiana o różnym stopniu prędkości u każdego człowieka.
Pierwsza pokora na początkowym etapie przemiany serca ciągle jest pychą. W takiej w rzeczywistości nie zmienionej jeszcze pokorze patrząc na człowieka, najpierw widzimy... siebie. Pod przykrywką pomocy, przyjścia ze wsparciem, na pierwszy plan wysuwają się nasze dążenia do poprawiania tego osobnika, korygowania go pod naszą wizję. I tak przez jakiś czas. Za sprawą Ducha Bożego przechodzimy kilka wstrząsów terapii oświeceniowej pokazującej faktyczny stan naszej duszy i pokora dojrzewa w nas.
Etap wzrostu pokory. Patrząc na człowieka widzisz... człowieka. Super, już coś. Ale ponieważ ten etap pokory nie jest jeszcze stabilny, więc pomimo Twoich wysiłków, pomimo STARAŃ, aby go słuchać, niestety próbujemy go ociosać swoimi wizjami. Po jakimś czasie ponowne wstrząsy w nas i kolejny wzrost.
Patrzysz na człowieka i oooo, słyszysz, co do Ciebie mówi. No pięknie, nawiązanie dialogu. Mur jakby trochę pękł dzielący was. Próbujemy rozmawiać, wymiana argumentów. Jest jeden minus. Z początkowo miłej rozmowy robi sie bitwa na wersety i na argumenty Ty katoliku! Ty zielonoświątkowcu! Jakiś czas to trwa. Duch Boży pracuje w nas i chwała Bogu za Ducha, którego nam zesłał. Kolejna terapia oświeceniowa i wzrost pokory.
Patrzysz na człowieka i coś dziwnego się w Tobie dzieje. Pokora przeplatana miłością. Najdziwniejsze jest to, że nie musisz się starać. Coś nowego, coś głębszego, ale co to jest?
Nagle rozumiesz. Nie starasz się, bo Twoje serce zmieniło się na tyle mocno, że JESTEŚ pokorą i miłością. Ten etap jest tym etapem, kiedy jesteśmy przygotowywani już do służby u Boga. Kiedy jesteśmy więcej Chrystusowi.
Patrzysz na człowieka i widzisz to, co powinienieś widzieć od początku - jego stan. Widzisz jego smutek, zniewolenie. Nie ma Ciebie, jest serce Chrystusowe. Miłość i Słowo w jednym. Takie serce wie samo, kiedy dać miłość, a kiedy mówić o Jezusie.
Ps. opisałem cały mój proces, jak się domyślacie. Teraz rodzi się we mnie naturalna bojaźń do Boga. Z początku myślałem, że to strach jest tym. To zupełnie co innego. To szacunek do mądrości Ojca, wdzięczność za jego łaskę, podziw za ofiarę, jaką złożył z własnego jedynego Syna jednorodzonego i radość. Z tego wszystkiego nie chcesz iść na ugodę z wrogiem, zaczynasz go nie lubić poważnie. Grzech już nie nęci tak, jak kiedyś. Ale bez przerwy trzeba być czujnym. Odpoczniemy dopiero po dniu sądu. Warto się trochę pomęczyć. Boże obietnice.
