Polskie Emaus
Polacy dzisiaj bardzo przypominają uczniów umykających do Emaus. Są zniechęceni, bo zawiodły ich wszystkie nadzieje, które przed laty pokładali w świetlanej przyszłości. Przyszłość, gdy nadeszła, okazała się zupełnie inna, niż się spodziewali, więc czują się teraz oszukani i wystrychnięci na dudka.
Przede wszystkim przez innych ludzi, a zwłaszcza przez tych, których w porywie entuzjazmu obdarzyli bezgranicznym zaufaniem, przypisując im wręcz nadludzkie cechy, a którzy teraz okazali się zupełnie ludzcy – i po ludzku małostkowi. Polacy nie poznają dziś swoich idoli i przywódców, tak dalekich od niegdysiejszych ideałów, więc darzą ich teraz pogardą zupełnie proporcjonalną do ówczesnego podziwu, nie zauważając, że zarówno ubóstwienie jak i złość, jest tylko irracjonalnym i bezkrytycznym sposobem na zwolnienie się z osobistej odpowiedzialności, znalezieniem usprawiedliwienia dla siebie. Wtedy zbytnio liczyliśmy na nich, zamiast na siebie, a teraz ich oskarżamy – także zamiast siebie. To obiekt zastępczy albo kozioł ofiarny, na który można sobie trochę powyzywać i ulżyć sobie. Zapomnieliśmy, że każdy człowiek jest tylko człowiekiem i nie można od niego wymagać więcej niż od człowieka, a już zwłaszcza nie można spodziewać się cudu na życzenie. A ponieważ właśnie tego się spodziewaliśmy, więc teraz się złościmy, ale złość wolimy ogniskować na innych – jak dziecko, które się potknęło o kamień i teraz ze złością go kopie – za swoją krzywdę.
Zawiodły nas także nasze marzenia o demokracji i kapitalistycznym dobrobycie. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Myśleliśmy, że pustkę po demontażu jednego – parszywego ustroju, wypełni natychmiast drugi ustrój – ten idealny. A tymczasem okazało się, że po pierwszym zostało mnóstwo gruzu i śmieci, i zanim zacznie budować się nowy, trzeba to wszystko najpierw uprzątnąć. A poza tym ów idealny ustrój wyobrażaliśmy sobie dość jednostronnie – na podstawie bezkrytycznych, wycinkowych obserwacji w czasie krótkotrwałych wyjazdów na Zachód. Kto tam siedział dłużej i musiał zarobić na życie – miał zupełnie inny, o wiele prawdziwszy obraz kapitalizmu. Teraz, gdy na naszym rodzimym gruncie, marzenia konfrontują się z rzeczywistością, czujemy się oszukani. Ale niesłusznie, bo może to dotąd my siebie oszukiwaliśmy, a teraz wreszcie prawda nas oczyszcza? A że boleśnie...
Wreszcie zawiedliśmy się na samych sobie. Pewnie myśleliśmy, że lepiej się nam ułoży. I nawet gdy kiedyś godziliśmy się na konkurencję, wolny rynek, bezrobocie i bankructwo niewydolnych firm, to nigdy przecież nie sądziliśmy, że sami padniemy ofiarą konkurencji. Raczej widzieliśmy się w roli zwycięzców. Więc nic dziwnego, że trudno nam teraz pogodzić się z własną przegraną, trudno nam przyznać się, że stare tkwi w nas tak mocno, że nie nadążamy. W dodatku co chwila słyszymy o kolejnych cwaniakach i aferach, z pożądaniem chłoniemy urok reklam, z zazdrością oglądamy się za eleganckimi samochodami – i coraz bardziej pogrążamy się w bezsilnej złości i kompleksach. Rzeczywistość nas przytłacza, nie czujemy się w niej dobrze – więc uciekamy od niej: w oskarżenia, w narzekanie, użalanie się nad sobą, w rozpamiętywanie swej krzywdy i szukanie winnych.
Chyba w podobnym nastroju musieli być owi dwaj uczniowie w drodze do Emaus. Tyle się spodziewali po Jezusie: wyzwolenia z okupacji rzymskiej, utarcia nosa pyszałkowatym faryzeuszom, darmowego i sprawnego uzdrawiania, systematycznego rozmnażania chleba, intratnych posad i przywilejów w Jezusowym królestwie. A tu wszystko wzięło w łeb, bo Jezus dał się ukrzyżować. Nie potrafili się z tym pogodzić, więc uciekali od miejsca swych zawiedzionych nadziei.
Ale Jezus o nich nie zapomniał. Nie pozostawił ich na pastwę rozpaczy. To wcale nie znaczy, że od razu wszystko pozmieniał zgodnie z ich oczekiwaniami. Nie, rozpoczął od tego, że pomógł im wszystko zrozumieć: zrozumieć właściwy sens tych wszystkich wydarzeń, i zrozumieć, zaakceptować samych siebie. Już samo to zrozumienie napełniło ich otuchą: prawda faktycznie wyzwala człowieka, przynajmniej ze zniechęcenia i beznadziei.
Ale przede wszystkim Chrystus dał im odczuć swoją obecność – że żyje i jest z nimi, że nie zapomniał, że spełnił to, co obiecał, choć może nie w taki sposób, jak oni sobie wyobrażali. (Ostatecznie, kto wie lepiej, jak to powinno być: Bóg czy człowiek?) Więc to podobieństwo między nami a uczniami z Emaus w tym właśnie kierunku powinno zmierzać: do zrozumienia naszej sytuacji – ale w świetle Bożego Słowa, Bożej prawdy o Chrystusowym zwycięstwie. Kto tę prawdę przyjmie – przez wiarę, ten odzyska nadzieję, ten zmartwychwstanie. Życie z nadzieją – to właśnie to zupełnie inne, nowe życie. I tego nam właśnie potrzeba: najpierw zmartwychwstania nadziei, a reszta przyjdzie w swoim czasie – jeśli zechcemy.
Ks. Mariusz Pohl