Temu służy forum żeby wyrażać swoje myśli, nie zaś drżeć aby kogoś nie urazić. Być może taki wniosek wysnuł Adam, kiedy zacytowałem werset z 1 Tes 5,4 jeżeli tak , to z mojej strony przepraszam. Nie mogę jednak przepraszać z pozycji autora tego wersu.
Kompletnie nic z tego nie rozumiem. Cyprysie, jeśli wyrażam swoje myśli, to bywam z miejsca osądzony, że (cytuję) "jestem w ciemnościach", bo nie kieruję się Słowem Bożym, bo powinienem wszystko dosłownie przyjmować, a nie interpretować. Mam wrażenie, że pojawia się w Tobie jakiś dziwny lęk przed otwartym dialogiem... Z drugiej zaś strony przypisujesz ten lęk innym, domagając się otwartej rozmowy.
Lęk o którym tak jasno piszesz, świadczy o właściwej reakcji. Nie wolno nam nie mówić o trudnych i niewygodnych tematach, skoro Biblia tego nie unika. Wnioskuję że przez księży katolickich, temat paruzji jest omijany?
Nie wiem, na jakiej podstawie tak sądzisz? Nie chcę tu być adwokatem katolickich duchownych, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich wzbraniał się przed tematem paruzji czy też w swym nauczaniu go unikał... Natomiast w pełni przyznaję Ci rację, że tematów trudnych nie należy unikać. Tylko co znaczy słowo "unikać"? Według mnie chodzi właśnie o dociekanie sensu - m. in. przez odczytywanie symboliki obrazu i przez otwartość na
wspólnie realizowany trud interpretacyjny. Dlatego staram się żadnej tutejszej wypowiedzi nie wiązać z kategoriami moralnymi (implikując, że ktoś chodzi w ciemnościach), bo wówczas stawiałbym się w roli inkwizytora.
Dziękuję Ci Cyprysie za kolejną dawkę Słowa, które z pewnością zasługuje na uwagę. Szkoda tylko, że milczeniem pominąłeś krótkie (ale bardzo jednoznaczne) wersety, które przytoczył Krzysiek... No ale dobrze - przejdźmy do Twojej propozycji rozważań

bardzo ciekawych, bo stanowiących znów pewne wyzwanie pod względem interpretacji (mam nadzieję, że tym razem nie obruszysz się na to słowo)
Błogosławieni, którzy piorą swoje szaty, aby mieli prawo do drzewa żywota i mogli wejść przez bramy do miasta. Na zewnątrz są psy i czarownicy, i wszetecznicy, i zabójcy, i bałwochwalcy, i wszyscy, którzy miłują kłamstwo i czynią je. Uwzględnić tu należy historyczną mentalność pierwszych chrześcijan: my (święci) i oni (grzeszni). Taka postawa wśród wielu nadal jest żywotna, ale uważam, że te same słowa można dziś odczytywać nieco inaczej (nie tracąc ani grama pierwotnego sensu). Mianowicie to ja sam mogę być potencjalnie "psem, czarownikiem, wszetecznikiem, zabójcą, bałwochwalcą i kłamcą" - czyli są to potencjalne przymioty dotyczące MOJEJ osoby, jeśli nie odwrócę się od grzechu...
Dotknąłem przed chwilą bardzo ważnej kwestii - zachowania sensu Słowa Bożego (jego rdzenia) przy pewnej ewolucji interpretacyjnej, która siłą rzeczy ma miejsce (choćbyśmy się tego z całych sił wzbraniali - i tak to czynimy, bo inaczej w głoszenie Słowa wkradają się różne anachronizmy). Dlatego następny werset:
Co do mnie, to świadczę każdemu, który słucha słów proroctwa tej księgi: Jeżeli ktoś dołoży coś do nich, dołoży mu Bóg plag opisanych w tej księdze; a jeżeli ktoś ujmie coś ze słów tej księgi proroctwa, ujmie Bóg z działu jego z drzewa żywota...odczytywałbym właśnie przez pryzmat tej "rdzeniowości" Słowa. Nie tyle ważny jest obraz, co jego przekaz. Symbol staje się tu wyłącznie nośnikiem czegoś, co przez użycie słowa nigdy do końca nie będzie uchwytne.
Litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia (2 Kor 3,6).