Tu nie chodzi jedynie o niegrzeszenie lecz na miarę własnej bezgrzeszności otwarcie się na innych grzeszników, to znaczy zgoda na niesprawiedliwe potraktowanie mnie jako grzesznika.
Nikt nie mówi Januszu o tylko niegrzeszeniu. Adam taki temat poruszył i go pociągnąłem. Dziwnie piszesz, że zgoda na niesprawiedliwe potraktowanie mnie jako grzesznika.
Nie chcesz żyć jako jako nowonarodzony, zrodzony z mocy Ducha, odwrócony od grzesznej natury? W pełni namaszczony? Ty mówisz o krzyżu od strony przyjmowania róznych ludzkich zachowań na swoją osobę. Bóg mi pokazał, że jest o wiele ważniejszy krzyż.
To odrzucenie mojej grzesznej natury i poddanie się pod moc Ducha Św. aby stworzył we mnie nową naturę, dał mi białe szaty. Jakże możemy być świątynią Ducha, skoro nie zerwaliśmy ze złym sercem? Jakże możemy być naczyniem napełnionym przez Ducha, skoro pielęgniujemy relację ze swoim zgniłym ja? To nierealne.
Są dwie drogi, droga światła i droga ciemności. Wybór, decyzja. To musi być decyzja konkretna. Duch Św. chce przygotować każdego, ale czy każdy chce wejść na tę drogę?
Nie chodzi o to, żebyśmy służyli ludziom, a przede wszystkim Bogu. A On przygotowuje nas, potrzebuje naczyń, całkowicie opróżnionych ze swojego ja, ze swoich pomysłów i marzeń. Aby Duch Św. mógł wejść, napełnić i czynić wolę Ojca, plany Ojca, które będą dla nas i dla innych ogromnym błogosławieństwem. Bóg ma o wiele lepsze plany dla każdego z nas.
Co do Twego krzyża Januszu, uczę się żyć z ludzmi w miłości, w prawdzie itd. Obrywam niesprawiedliwie, to każdy wierzący przeżywa, to całkiem normalne. I wiesz co? Wszystko wraca do Boga. To powoduje moja bezradność, moja bezsilność i przede wszystkim niewiedza. Gdyż nie wiem, jak mam pomóc komuś. Oczywiście słowo ciepłe dam, nakarmię, podzielę się, pocieszę. Robię to, co każdy. Ale w głębi serca wiem, że jestem tak naprawdę mało użyteczny i wiem, że gdybym Bogu się poddał naprawdę, tak realnie, to o wiele lepsze byłyby owoce tej pomocy z Nim, z Jego wolą.
I wołałem do Pana. I mi pokazał, czym jest prawdziwy krzyż. Odrzucenie swego ja, swojej natury, a On stworzy mnie na nowo. Krzyż, to coś, co się musi dokonać w naszym życiu. To samo, co się dokonało na Golgocie. I to w naszym życiu, w nas się musi dopełnić, aby mieć z Bogiem jedność.
Na Golgocie Jezus przybił nasze grzechy, naszą ludzką naturę skażoną złem, grzechem. I Bóg chce nas przygotować, naszą wiarę, aby dopełniło się do końca w nas to, co na Golgocie. W nas ma się dopełnić przybicie starego człowieka do krzyża, aby z mocy Ducha Św. na nowo się narodzić.
O tym mówił Jezus w rozmowie z Nikodemem.
I dopiero pod Bożym namaszczeniem w pełnej mocy Bóg w tak przygotowanych naczyniach może działać.
Nie chodzi o to, aby być na tym krzyżu i wisieć na nim wiecznie. Tam umarliśmy z Jezusem ukrzyżowanym, to jeden etap, jest drugi, życie z Jezusem zmartychwstałym, tym, który pokonał śmierć. Są ludzie, którzy żyją za krzyżem już. Mieli ten proces, bardzo bolesny, jak sami opowiadali. Żyją całkowicie dla Pana, całkowicie.
I oni mają właśnie to, o czym piszesz, niesprawiedliwe uderzenia, oskarżenia od ludzi nienawróconych. Jedyna różnica, że ci stojący za krzyżem nie należą do grzesznej natury, bo umarli duchowo swoim ja na krzyżu. Należą do Boga żywego. Duch Św. ich zrodził swoją mocą na nowo.