Pytanie „czy wierzysz w Boga” jest równie niedorzeczne, co pytanie o wiarę w istnienie nicości lub odwrotnie – pytanie o istnienie świata lub człowieka. Dzieje ludzkiej myśli dowiodły, że wierzyć można we wszystko, ale żadna z deklaracji nie jest w stanie określić faktycznych granic pojęcia, które jest przedmiotem owej wiary. Można nie wierzyć w istnienie człowieka? Można – wystarczy wyobrazić sobie, że jestem czyimś wyobrażeniem. Można nie wierzyć w istnienie świata? Tak – przecież już nieraz solipsyzm hipnotyzował nas iluzją istnienia. W każdej jednak sytuacji – wiary i niewiary – napotykamy na barierę pojęciową: inaczej Boga pojmują chrześcijanie, inaczej muzułmanie, jeszcze inaczej ateiści (bo przecież nawet oni nie wymazali tego pojęcia, a każde pojęcie prowadzi do jakichś wyobrażeń – choćby tylko chodziło o enigmatyczną ideę lub neuroelektryczną pobudliwość).
Problem więc leży w sferze językowej. Jak wyrazić coś, co już z samego założenia przekracza możliwość definiowalności? A przekracza ją z różnych przyczyn. Po pierwsze w mniejszym nie można zmieścić większego (choćbym nie wiem co pomyślał, to jeszcze nie będzie Bóg). Po drugie mamy tak różne doświadczenia egzystencjalne i tak bardzo różnimy się konstrukcją myśli, że każdy z nas nosi w sobie zupełnie odmienną projekcję wyobrażeniową każdego przedmiotu (a co dopiero mówić o transcendentalnym Podmiocie). Wreszcie po trzecie – nasze słowo ma ograniczoną „pojemność transmisji”, co sprawia, że wobec niektórych pojęć staje bezradne: albo się zawiesza, albo brnie w jakąś uproszczoną grafizację. Każda religia, chcąc nie chcąc, tworzy - mniej lub bardziej uproszczone - graficzne obrazy rzeczywistości. Problem tkwi więc w oddzieleniu sfery wyobrażeniowej od przekazu autentycznego doświadczenia transcendentalnego. Problem tkwi więc w oddzieleniu sfery wyobrażeniowej od przekazu autentycznego doświadczenia transcendentalnego. Bariery są więc spore, jednak samo doświadczenie może nas zbliżać - doświadczenie Boga w Jezusie Chrystusie.
Wyczytałem u ks. Tomasa Halika takie obrazowe zdanie – cytuję z pamięci: „pojęcie „Bóg” płynie przez ludzkie dzieje jak szeroka rzeka, zgarniająca po drodze przeróżne namuliska ludzkich kultur i mentalności”. Podążając dalej tropem tej metafory, możemy sobie zadać pytanie: ile naprawdę jest wody w tej rzece? Na ile straciła ona na przejrzystości wskutek wchłonięcia takich ilości iłów? Ile to wyobrażeń zdołało ją zmącić po drodze? Jeśli mówimy, że Bóg jest Miłością, stajemy przed kolejnym niedefiniowalnym pojęciem. Ale właśnie w Miłości odnajdujemy tą „czystą Wodę” – bo Miłość, tak jak Bóg, nie zna granic (przekracza zakres „definitio” – jej istota jest więc poza naszym wyobrażeniem). Mało tego, Miłość polega na nieustannym przekraczaniu samego siebie – zupełnie tak, jak w przypadku mistycznego doświadczenia Boga, kiedy również wykraczamy poza własne granice. Sensowniej jest więc zadać pytanie „jak doświadczasz Boga”, niż „czy w Niego wierzysz” – bo wtedy pokazujemy tylko własną drogę wykraczania poza ciasną granicę immanencji, nie próbując określić czegoś, czego nie sposób zmieścić w sobie, a tym bardziej w słowie.